16:26 — Status update. Nie uszło mojej uwadze że mam już stałych czytelników którym doskwiera brak nowych wpisów. Piszę niedużo bo cały wolny czas spędzam ostatnio na zajęciach bardziej ekscytujących niż klepanie niskonakładowego quasi-pamiętnika, ale też gdy jestem zadowolony z życia mniej mam powodów by krytykować świat w którym je spędzam. Zadowolona pobłażliwość jest zwykle u literackich bohaterów mniej ceniona niż ironia, a taki stan ducha udaje mi się ostatnio osiągać.
Poza tym muszę uważać żeby nie napisać niczego nieodpowiedniego, bo biorąc pod uwagę kto to czyta mógłbym niespodziewanie zacząć znów mieć czas i powody. Doprowadziłem tym samym do sytuacji w której znajomi i wielbiciele czekać będą niecierpliwie aż zdaży mi się coś złego. Z drugiej strony jednak nie przypominam sobie żadnego filmu którego główny bohater spędziłby dwie godziny w stanie nieustającej błogości, ani książki w której upływałyby po sobie tylko lata tłuste, nie dzielone regularnie chudszymi.
19:42 — W "Siedmiu Samurajach" Kurosawy jest pewna scena która przypomina mi się czasem. Dwóch samurajów staje naprzeciwko siebie z bambusowymi mieczami. Pierwszy krzycząc biegnie z uniesionym mieczem, drugi stojąc bierze zamach za plecy i w odpowiednim momencie opuszcza go. "Nikt nie wygrał" mówi pierwszy, "Gdybyśmy walczyli prawdziwymi mieczami, zabiłbym cię" odpowiada drugi. Pierwszy chcę powtórzyć walkę z prawdziwymi mieczami, drugi zgadza się niechętnie. Ponownie, pierwszy krzycząc biegnie z uniesionym mieczem, drugi stojąc bierze zamach za plecy i w odpowiednim momencie opuszcza go na przeciwnika. Pierwszy pada martwy; drugi odchodzi.
Niektórzy klienci traktują mnie jak kogoś gorszego i głupszego, w rodzaju Igora, pomocnika Dr Frankensteina. Nie potrafię może złożyć człowieka z części, ale również nie mam ziemniaka między uszami. Większość z nich z łatwością zabiłbym prawdziwym mieczem.
21:05 — Trochę ostatnio zaniedbałem szkołę, ale nadrobię. Byłem dzisiaj, jutro też pójdę (cały dzień wolny, yay!), a po weekendzie powinienem zacząć chodzić trzy razy w tygodniu. Nic ciekawego, po prostu mama mnie pytała.
21:26 — BTW, nie bójcie się komentować, z przyjemnością dowiem się co myślicie o tym jak piszę i o czym. Nie tylko wy czekacie aż coś napiszę, ja mam to samo.
czwartek, lipca 31, 2003
poniedziałek, lipca 28, 2003
Strasznie wielkie zakupy w Sainsbury's, 12.56
13:00 — W dzisiejszych Donosach:
22:19 — Kilka jamajskich przysłów które dzisiaj znalazłem:
13:00 — W dzisiejszych Donosach:
Sprawa Doroty Nieznalskiej, artystki ukaranej przez Sad w Gdansku za obraze uczuc religijnych w instalacji "Pasja" (umieszczenie na krzyzu fotografii meskich genitaliow) dotarla do Brukseli. Sedzia Tomasz Zielinski wymierzyl Nieznalskiej kare 6 miesiecy ograniczenia wolnosci polegajaca na wykonywaniu "prac spolecznie uzytecznych". Na konferencji prasowej w Brukseli glowny rzecznik Komisji Europejskiej Fin Reijo Kempinnen powiedzial, ze wolnosc wypowiedzi jest podstawowa wartoscia Unii Europejskiej i obiecal, ze dokladnie zapozna sie ze sprawa. Komisja Europejska sprawdzi, czy aby w negocjacjach z Polska nie pominela kwestii wcielenia zycie w naszym kraju europejskich standardow wolnosci wypowiedzi. Apel w sprawie obrony artystki wystosowali profesorowie wyzszych uczelni, Uniwersytetu Warszawskiego, Jagiellonskiego, ASP w Poznaniu i innych. Napisali: "W bezprecedensowej decyzji gdanskiego sadu dostrzegamy probe prawnej instytucjonalizacji praktyk cenzury, zamach na wolnosc slowa i pogwalcenie zasad demokracji. [...]tam, gdzie sad staje sie inkwizycja, konczy sie spoleczenstwo obywatelskie.Nie wiem czy chcę żyć w kraju w którym coś takiego jest możliwe. Wolność słowa jest dla mnie jednym z najważniejszych praw.
22:19 — Kilka jamajskich przysłów które dzisiaj znalazłem:
"Fire de a Mus Mus tail, him tink a cool breeze"Jamajski patois (slang) ma piękne brzmienie i budowę, mniej więcej jak czeski dla Polaków — ale ładniej.
("Podpal szczurowi ogon, pomyśli że jest miły wietrzyk", o kimś głupim, roztrzepanym)
"Your new man buff and ting but the old man know where it sweet you."
("Twój nowy facet przystojny i wogóle, ale stary wie jak ci dogodzić")
"Mi no come yah fi hear bout how horse dead an cow fat"
("Nie przyszedłem słuchać jak to koń jest chory i krowa gruba", gdy ktoś opowiada nieistotne szczegóły)
niedziela, lipca 27, 2003
00:00 — Londyn to jednak fajne miasto. Muszę szybko znaleźć inną pracę.
16:14 — Pierwszy raz sam zarządzam kafejką, Andrea poszła na spacer, pogoda ładna i słońca można nawet chwilami złapać krzynkę. Po pracy jestem umówiony na spacer do parku.
Impreza imieninowa Ani i Chrisa przyjemna, wszyscy byli lekko radośni, piłem Pimsa, chociaż w wersji bez ogórka — za to z dużą ilością truskawek. Potem odprowadziłem Edytę do domu (dwadzieścia minut drogi w trzy godziny) i wróciłem na zasłużony spoczynek.
18:13 — Cały czas myślę o tym samym i tym razem nie jest to tak do końca seks. Sami się domyślcie.
20:56 — Znajomy ma schorzenie w przypadku którego zwykle mówi się, że to znajomy je ma ("znajomy ma dziwną opryszczkę", "znajomy wsadził sobie w tyłek klamerkę") i jutro mam iść zarejestrować go do lekarza, bo on nie zna na tyle angielskiego. Ciekawie będą na mnie ludzie patrzeć.
16:14 — Pierwszy raz sam zarządzam kafejką, Andrea poszła na spacer, pogoda ładna i słońca można nawet chwilami złapać krzynkę. Po pracy jestem umówiony na spacer do parku.
Impreza imieninowa Ani i Chrisa przyjemna, wszyscy byli lekko radośni, piłem Pimsa, chociaż w wersji bez ogórka — za to z dużą ilością truskawek. Potem odprowadziłem Edytę do domu (dwadzieścia minut drogi w trzy godziny) i wróciłem na zasłużony spoczynek.
18:13 — Cały czas myślę o tym samym i tym razem nie jest to tak do końca seks. Sami się domyślcie.
20:56 — Znajomy ma schorzenie w przypadku którego zwykle mówi się, że to znajomy je ma ("znajomy ma dziwną opryszczkę", "znajomy wsadził sobie w tyłek klamerkę") i jutro mam iść zarejestrować go do lekarza, bo on nie zna na tyle angielskiego. Ciekawie będą na mnie ludzie patrzeć.
sobota, lipca 26, 2003
Marlboro Medium, 4.70
Red Bull, 1.09
21:48 — Dzisiaj wieczorem imieniny Ani i Chrisa, impreza z jedzeniem (podjadłem trochę sosu, pycha) i alkoholem (drinki z plasterkami ogórka?). Edyta idzie ze mną, więc nie będę się nudził.
Może jestem naiwnym marzycielem, ale uważam że nie ma złych ludzi. Jeżeli ktoś specjalnie krzywdzi innych wynika to z jego problemów emocjonalnych. Nieprzyjemna sprzedawczyni czuje się niespełniona i niedoceniana. Seryjny morderca chce kogoś ukarać, by stało się za dość krzywdom które na niego spadły w dzieciństwie. Brutalny policjant potrzebuje poczucia władzy bo czuje się gorszy lub skrzywdzony.
Obojętnie jaka jest prawdziwa przyczyna, ludzie których coś boli chcą podzielić się swym cierpieniem; podobnie ludzie szczęśliwi chcą widzieć uśmiech na każdej napotkanej twarzy.
22:36 — Czy można w prosty sposób sprawdzić czy dziewczyna jest zainteresowana czy nie? Nagrodą za użyteczny sposób będzie moja dozgonna wdzięczność i dość ograniczona ale zawsze sława.
Red Bull, 1.09
21:48 — Dzisiaj wieczorem imieniny Ani i Chrisa, impreza z jedzeniem (podjadłem trochę sosu, pycha) i alkoholem (drinki z plasterkami ogórka?). Edyta idzie ze mną, więc nie będę się nudził.
Może jestem naiwnym marzycielem, ale uważam że nie ma złych ludzi. Jeżeli ktoś specjalnie krzywdzi innych wynika to z jego problemów emocjonalnych. Nieprzyjemna sprzedawczyni czuje się niespełniona i niedoceniana. Seryjny morderca chce kogoś ukarać, by stało się za dość krzywdom które na niego spadły w dzieciństwie. Brutalny policjant potrzebuje poczucia władzy bo czuje się gorszy lub skrzywdzony.
Obojętnie jaka jest prawdziwa przyczyna, ludzie których coś boli chcą podzielić się swym cierpieniem; podobnie ludzie szczęśliwi chcą widzieć uśmiech na każdej napotkanej twarzy.
22:36 — Czy można w prosty sposób sprawdzić czy dziewczyna jest zainteresowana czy nie? Nagrodą za użyteczny sposób będzie moja dozgonna wdzięczność i dość ograniczona ale zawsze sława.
piątek, lipca 25, 2003
13:52 — We wtorek byłem w Tate Gallery of Modern Art, z wycieczki napisałem sprawozdanie (po angielsku). Więcej napiszę z pracy, dzisiaj od popołudnia do prawie północy. Może potem zaproszę kogoś na kawę? Chyba będę musiał spróbować tej szczerości co to sobie ją ludzie tak bardzo chwalą.
czwartek, lipca 24, 2003
Lucosade Energy Drink, 0.45
13:54 — Dziś w pracy spokojnie, coraz lepiej radzę sobie z kartami, zaczynam poznawać stałych klientów. Co dla mnie nietypowe przygotowałem sobie kanapki do pracy. Muszę to przeliczyć, ale samodzielne przygotowanie posiłków bardzo się opłaca, plus unika się nieprzyjemnych niespodzianek kulinarnych typu wczorajszych dziwnych kulek, które choć ogólnie smaczne pamiętają chyba jeszcze pierwsze wyprawy kolonizacyjne Anglików w Indiach.
Jak coś się wydarzy, napiszę, ale nie liczyłbym jednak dzisiaj na zbyt wiele.
Andrea, która nie jest jednak żoną Jazza, wydaje mi się trochę niezadowolona z życia, wyczuwam w niej chłód niespotykany w tak młodym wieku. Ale potrafi się też bardzo ładnie uśmiechnąć. Uśmiech u osoby która nieczęsto przyjmuje taki wyraz twarzy jest wyjątkowo przyjemny.
13:21 — Za bardzo się denerwuję gdy się pomylę. Muszę nad tym popracować. Każdy się może pomylić, więc ja chyba też, chociaż aż trudno w to uwierzyć — w końcu jestem najlepszy pod każdym możliwym względem.
16:39 — Prawie koniec mojej zmiany, ale chyba jeszcze troszkę zostanę, a potem na szkolną imprezę. Nie byłem od dwóch dni w szkole, więc warto byłoby odrobić edukacyjne zaległości w miłej atmosferze australijsko-azjatyckiego pubu Walkabout w którym tradycyjnie spotyka się nasza szkoła. Może podłapię antypodzki akcent, podobno na równi z irlandzkim świetny do podrywania. Przekonamy się.
19:06 — Wciąż w kafejce, więc na imprezę raczej już nie dojadę, chociaż może powinienem — powiedzieć że chwilowo do szkoły będę chodził w kratkę. Dobrze się jednak siedzi w pracy gdy nie trzeba. To podobnie jak gdy robiłem strony, za darmo dla znajomego (jeszcze lepiej w jego — lub najlepiej jej — obecności) mogę wypuszczać spod palców radosne kilobajty, zaś gdy rekompensata jest wyłącznie finansowa nie wydaje mi się zwykle ona warta wysiłku.
Z dziwnych ludzi którzy przychodzą do kafejki zaliczyłem dzisiaj brodatego pana w późnym średnim wieku, w całości pokrytego tatuażami. Z tego co podejrzałem gadał na chatach, więc myślę że mam już teraz dość dobre pojęcie kim są te siedzące po nocach niewinne dwunastolatki w chat-roomach.
Widzę teraz jak bardzo może uzależnić Internet, niektórzy przychodzą nawet po kilka razy, tak jak jedna dziewczynka która jak się dowiedziałem — bo sam się w takich rzeczach nigdy nie orientuję — podrywa mnie.
Różnica między pisaniem bloga a rozmową polega u mnie na tym, że gdy piszę, piszę dla siebie, piszę to co chciałbym sam przeczytać, a gdy mówię, mówię to co myślę że rozmówca chciałby usłyszeć. Wiem że to głupie, choćby dlatego, że innej osoby zwykle nie znam na tyle dobrze żeby dopasować, pomijając że o ile wiem powinno się mówić to co się myśli. Pamiętniki są więc dla ludzi nieszczerych.
13:54 — Dziś w pracy spokojnie, coraz lepiej radzę sobie z kartami, zaczynam poznawać stałych klientów. Co dla mnie nietypowe przygotowałem sobie kanapki do pracy. Muszę to przeliczyć, ale samodzielne przygotowanie posiłków bardzo się opłaca, plus unika się nieprzyjemnych niespodzianek kulinarnych typu wczorajszych dziwnych kulek, które choć ogólnie smaczne pamiętają chyba jeszcze pierwsze wyprawy kolonizacyjne Anglików w Indiach.
Jak coś się wydarzy, napiszę, ale nie liczyłbym jednak dzisiaj na zbyt wiele.
Andrea, która nie jest jednak żoną Jazza, wydaje mi się trochę niezadowolona z życia, wyczuwam w niej chłód niespotykany w tak młodym wieku. Ale potrafi się też bardzo ładnie uśmiechnąć. Uśmiech u osoby która nieczęsto przyjmuje taki wyraz twarzy jest wyjątkowo przyjemny.
13:21 — Za bardzo się denerwuję gdy się pomylę. Muszę nad tym popracować. Każdy się może pomylić, więc ja chyba też, chociaż aż trudno w to uwierzyć — w końcu jestem najlepszy pod każdym możliwym względem.
16:39 — Prawie koniec mojej zmiany, ale chyba jeszcze troszkę zostanę, a potem na szkolną imprezę. Nie byłem od dwóch dni w szkole, więc warto byłoby odrobić edukacyjne zaległości w miłej atmosferze australijsko-azjatyckiego pubu Walkabout w którym tradycyjnie spotyka się nasza szkoła. Może podłapię antypodzki akcent, podobno na równi z irlandzkim świetny do podrywania. Przekonamy się.
19:06 — Wciąż w kafejce, więc na imprezę raczej już nie dojadę, chociaż może powinienem — powiedzieć że chwilowo do szkoły będę chodził w kratkę. Dobrze się jednak siedzi w pracy gdy nie trzeba. To podobnie jak gdy robiłem strony, za darmo dla znajomego (jeszcze lepiej w jego — lub najlepiej jej — obecności) mogę wypuszczać spod palców radosne kilobajty, zaś gdy rekompensata jest wyłącznie finansowa nie wydaje mi się zwykle ona warta wysiłku.
Z dziwnych ludzi którzy przychodzą do kafejki zaliczyłem dzisiaj brodatego pana w późnym średnim wieku, w całości pokrytego tatuażami. Z tego co podejrzałem gadał na chatach, więc myślę że mam już teraz dość dobre pojęcie kim są te siedzące po nocach niewinne dwunastolatki w chat-roomach.
Widzę teraz jak bardzo może uzależnić Internet, niektórzy przychodzą nawet po kilka razy, tak jak jedna dziewczynka która jak się dowiedziałem — bo sam się w takich rzeczach nigdy nie orientuję — podrywa mnie.
Różnica między pisaniem bloga a rozmową polega u mnie na tym, że gdy piszę, piszę dla siebie, piszę to co chciałbym sam przeczytać, a gdy mówię, mówię to co myślę że rozmówca chciałby usłyszeć. Wiem że to głupie, choćby dlatego, że innej osoby zwykle nie znam na tyle dobrze żeby dopasować, pomijając że o ile wiem powinno się mówić to co się myśli. Pamiętniki są więc dla ludzi nieszczerych.
środa, lipca 23, 2003
Dziwne kulki chlebowo-kurczakowo-krewetkowe, 1.50
11:20 — Spędzam właśnie pierwsze chwile w mojej nowej pracy, na razie potencjalnej (okres szkoleniowy), ale potem może stać się czasowym zajęciem.
Pracował będę w roli obsługi kafejki internetowej, chociaż zakres usług jest nieco szerszy niż tylko płatne użyczanie komputerów. W ofercie jest duży wybór kart pozwalających na tanie dzwonienie za granice UK, drukowanie, nagrywanie płyt, skanowanie, papierosy, słodycze, napoje, ładowanie komórek, etc.
Nie wiem jeszcze czy mi się ta praca spodoba, ale jest lżejsza niż kopanie. Jestem jednak całkowicie zakręcony tysiącem różnych kart, cen i rzeczy do zapamiętania. Więcej może później.
10:45 — Nie idzie mi, chcę do domu. Wszystko mi się miesza, wiem że to pierwszy dzień i druga godzina pracy, ale nie lubię tak. Jak na szkolenie, to za dużo muszę sobie sam radzić. Nie wiem czy to praca dla mnie.
16:24 — Za pół godziny kończę, nie było tak źle jak się zapowiadało. Muszę się tylko wykuć wszystkich możliwych rzeczy o które mogą spytać mnie klienci i będzie dobrze. To nie jest zła praca, może tylko bardziej stresująca gdy na ręce patrzy mi Andrea, żona Jazza, szefa kafejki. Stanowisko po mnie przejmuje teraz Edyta, która jest trochę jak Pipi Langstrum, a trochę jak Strach z Czarnoksiężnika z Oz, ale w dobrym sensie. Bardzo miła.
17:57 — Po drodze do domu przyszło mi do głowy, że normalnej dziewczynie niekoniecznie musi się spodobać porównanie z przerażająco ubraną smarkatą z zębami jak łopaty, tudzież z nieregularnie wypchanym sianem workiem w kapeluszu, więc chciałbym podkreślić, że Edyta nie wygląda jak ww. połączenie. Miałem na myśli, że łatwo się z nią rozmawia, ma otwarty charakter i ogromne (tj. podobne do mojego) poczucie humoru. Chyba widzę właśnie na czym polega mój problem z kobietami, bo gdy zaproszę ją teraz na kawę mogę usłyszeć, że mam sobie zmierzwić włosy, wsadzić w tyłek kołek i stanąć gdzieś na polu. Ma się ten talent to wyrażania myśli, bez dwóch zdań.
11:20 — Spędzam właśnie pierwsze chwile w mojej nowej pracy, na razie potencjalnej (okres szkoleniowy), ale potem może stać się czasowym zajęciem.
Pracował będę w roli obsługi kafejki internetowej, chociaż zakres usług jest nieco szerszy niż tylko płatne użyczanie komputerów. W ofercie jest duży wybór kart pozwalających na tanie dzwonienie za granice UK, drukowanie, nagrywanie płyt, skanowanie, papierosy, słodycze, napoje, ładowanie komórek, etc.
Nie wiem jeszcze czy mi się ta praca spodoba, ale jest lżejsza niż kopanie. Jestem jednak całkowicie zakręcony tysiącem różnych kart, cen i rzeczy do zapamiętania. Więcej może później.
10:45 — Nie idzie mi, chcę do domu. Wszystko mi się miesza, wiem że to pierwszy dzień i druga godzina pracy, ale nie lubię tak. Jak na szkolenie, to za dużo muszę sobie sam radzić. Nie wiem czy to praca dla mnie.
16:24 — Za pół godziny kończę, nie było tak źle jak się zapowiadało. Muszę się tylko wykuć wszystkich możliwych rzeczy o które mogą spytać mnie klienci i będzie dobrze. To nie jest zła praca, może tylko bardziej stresująca gdy na ręce patrzy mi Andrea, żona Jazza, szefa kafejki. Stanowisko po mnie przejmuje teraz Edyta, która jest trochę jak Pipi Langstrum, a trochę jak Strach z Czarnoksiężnika z Oz, ale w dobrym sensie. Bardzo miła.
17:57 — Po drodze do domu przyszło mi do głowy, że normalnej dziewczynie niekoniecznie musi się spodobać porównanie z przerażająco ubraną smarkatą z zębami jak łopaty, tudzież z nieregularnie wypchanym sianem workiem w kapeluszu, więc chciałbym podkreślić, że Edyta nie wygląda jak ww. połączenie. Miałem na myśli, że łatwo się z nią rozmawia, ma otwarty charakter i ogromne (tj. podobne do mojego) poczucie humoru. Chyba widzę właśnie na czym polega mój problem z kobietami, bo gdy zaproszę ją teraz na kawę mogę usłyszeć, że mam sobie zmierzwić włosy, wsadzić w tyłek kołek i stanąć gdzieś na polu. Ma się ten talent to wyrażania myśli, bez dwóch zdań.
sobota, lipca 19, 2003
Lucosade Orange, 0.75
Pół pieczonego kurczaka w Sainsbury's, 1.59
Innocent Smoothie (sok owocowy), 1.69
Sainsbury's Steak Pies (cztery sztuki), 2.49
Bagietka, 0.25
Marlboro Red 20, 4.35
(dużo, ale klasie robotniczej się należy)
21:48 — Dzisiejszy wpis będzie krótki, właśnie wróciłem z pracy i padłem jak pies.
W zakresie obowiązków miałem dzisiaj kopanie rowu pod ogrodzenie, rozsortowanie gruzu, wyniesienie gruzu i zburzenie niedużej ścianki. Jutro jest ostatni dzień, ale po tak pracowitym weekendzie potrzebował będę przynajmniej tygodnia urlopu. Nie wiem jeszcze ile zarobiłem.
Ostatni raz pracowałem fizycznie gdy miałem siedemnaście lat i przez trzy tygodnie zmywałem gary w klubie Non Stop w Sopocie. No, tak naprawdę to miałem pracować trzy tygodnie, pracowałem dwa, a zapłacili mi za miesiąc. Bardzo mile to wspominam, chociaż praca była naprawdę wykańczająca, po kilkanaście godzin na stojąco, bez przerwy nawet na papierosa.
Ostatnio nauczyłem się poprawiać sobie humor, a jednocześnie pozbywać się kompleksów na tle autoestetycznym. Siedząc w metrze oceniam jaki procent pasażerów jest brzydszy odemnie. Nie jest nawet ważne jaki to procent, pomaga samo znalezienie kilku brzydali. Jeżeli wszyscy są ładniejsi niż ja, pozostaje mi zawsze jadowita nienawiść.
Nie ma słońca, pomarańczowy eksperyment odroczony do odwołania.
Pół pieczonego kurczaka w Sainsbury's, 1.59
Innocent Smoothie (sok owocowy), 1.69
Sainsbury's Steak Pies (cztery sztuki), 2.49
Bagietka, 0.25
Marlboro Red 20, 4.35
(dużo, ale klasie robotniczej się należy)
21:48 — Dzisiejszy wpis będzie krótki, właśnie wróciłem z pracy i padłem jak pies.
W zakresie obowiązków miałem dzisiaj kopanie rowu pod ogrodzenie, rozsortowanie gruzu, wyniesienie gruzu i zburzenie niedużej ścianki. Jutro jest ostatni dzień, ale po tak pracowitym weekendzie potrzebował będę przynajmniej tygodnia urlopu. Nie wiem jeszcze ile zarobiłem.
Ostatni raz pracowałem fizycznie gdy miałem siedemnaście lat i przez trzy tygodnie zmywałem gary w klubie Non Stop w Sopocie. No, tak naprawdę to miałem pracować trzy tygodnie, pracowałem dwa, a zapłacili mi za miesiąc. Bardzo mile to wspominam, chociaż praca była naprawdę wykańczająca, po kilkanaście godzin na stojąco, bez przerwy nawet na papierosa.
Ostatnio nauczyłem się poprawiać sobie humor, a jednocześnie pozbywać się kompleksów na tle autoestetycznym. Siedząc w metrze oceniam jaki procent pasażerów jest brzydszy odemnie. Nie jest nawet ważne jaki to procent, pomaga samo znalezienie kilku brzydali. Jeżeli wszyscy są ładniejsi niż ja, pozostaje mi zawsze jadowita nienawiść.
Nie ma słońca, pomarańczowy eksperyment odroczony do odwołania.
czwartek, lipca 17, 2003
Bilety na metro, 4.60
Chickenburger, 1.00
(i zaraz idę po coś słodkiego)
19:13 — Blogowanie, jak każda inna forma obecności medialnej, uzależnia powoli i z kierunków których nikt się nie spodziewa. Na początku jest miłą zabawą, pozwala niespełnionym grafomanom rozpocząć sen o wielkości, daje wrażenie bliskości i dialogu z czytelnikami. Początkowo entuzjastycznie narzucone tempo codziennych wpisów szybko zaczyna przypominać wyciskanie soku z odnalezionej po kilku miesiącach w lodówce cytryny. Wyobraźnia podsuwa jedynie obrazy toczących się przez krajobrazy z filmów o Dalekim Zachodzie kul uschniętej roślinności, sępów krążących nad karawaną, względnie w chłodniejsze dni polarnych lodowych równin.
Jeżeli wierzyć sondażom, kobiety pragną mężczyzn: silnych i delikatnych, zabawnych i poważnie patrzących na życie, mających świetną pracę i dostępnych zawsze gdy są potrzebni, mających ogromne powodzenie u płci przeciwnej i bezwzględnie wiernych partnerce. Niech ktoś mi przypomni definicję schizofrenii. "Zenuś dobry chłop jest, tylko go nikt panie władzo nie rozumie, prócz mnie."
Widziałem dziś gołębia szukającego jedzenia na peronie stacji metra, głęboko pod miastem. To co uważamy za wojnę między cywilizacją a naturą, to tylko trudny związek.
Za późno żeby kupić pomarańcze.
Chickenburger, 1.00
(i zaraz idę po coś słodkiego)
19:13 — Blogowanie, jak każda inna forma obecności medialnej, uzależnia powoli i z kierunków których nikt się nie spodziewa. Na początku jest miłą zabawą, pozwala niespełnionym grafomanom rozpocząć sen o wielkości, daje wrażenie bliskości i dialogu z czytelnikami. Początkowo entuzjastycznie narzucone tempo codziennych wpisów szybko zaczyna przypominać wyciskanie soku z odnalezionej po kilku miesiącach w lodówce cytryny. Wyobraźnia podsuwa jedynie obrazy toczących się przez krajobrazy z filmów o Dalekim Zachodzie kul uschniętej roślinności, sępów krążących nad karawaną, względnie w chłodniejsze dni polarnych lodowych równin.
Jeżeli wierzyć sondażom, kobiety pragną mężczyzn: silnych i delikatnych, zabawnych i poważnie patrzących na życie, mających świetną pracę i dostępnych zawsze gdy są potrzebni, mających ogromne powodzenie u płci przeciwnej i bezwzględnie wiernych partnerce. Niech ktoś mi przypomni definicję schizofrenii. "Zenuś dobry chłop jest, tylko go nikt panie władzo nie rozumie, prócz mnie."
Widziałem dziś gołębia szukającego jedzenia na peronie stacji metra, głęboko pod miastem. To co uważamy za wojnę między cywilizacją a naturą, to tylko trudny związek.
Za późno żeby kupić pomarańcze.
środa, lipca 16, 2003
Wydałem tyle, że wolę nie liczyć. Przyznam się do:
Dorobienia klucza do domu, 5.40
Gregg's Meal Deal (z dwoma Sausage Roll), 1.80
Red Bull (w "A Bar Too Far"), 2.00
23:14 — Wakacje, prawie. Tematem dnia na zajęciach była reklama, w szczególności skierowana do dzieci. Dorośli uważają, że dzieci to ich mniejsze, głupsze wersje. Ĺ»e nie potrafią rozróżnić reklamy od rzeczywistości, że trzeba je chronić przed jakimkolwiek kontaktem ze złym i niemoralnym światem. Każdy ocenia innych po sobie, szczególnie ci, którzy chcą uchodzić za idealnych, bo boją się wyróżnić, albo broń Boże przeżyć coś bardziej ekscytującego niż nowy odcinek Złotopolskich.
Kilka pomysłów na rozkręcenie własnego biznesu w Polsce:
- antykwariat dobrych książek, płyt i komiksów — teraz widzę jak brakowało mi takiego miejsca w Polsce,
- strona pornograficzna — mody przychodzą i odchodzą, a goły tyłek zawsze się dobrze sprzedaje,
- pogotowie komputerowe — tak naprawdę pomysł O., może się dobrze przyjąć w erze wszechobecnego pośpiechu i strachu przed komputerami.
Krótko przed wyjazdem namawiałem D. żeby raz a porządnie zerwała z chłopakiem którego nigdy naprawdę nie chciała, co jej się, dumnie ogłaszam, udało. Jeżeli jest się z kimś tylko po to, żeby oszczędzić jemu — i sobie — przykrości zerwania, nie jest to przyjemne dla żadnej ze stron. Nie po to się z kimś jest żeby nie być samemu, ale dlatego że we dwójkę fajniej.
Zauważyłem, że gdy dobrze się bawię i nie narzekam na brak źródeł dochodu, ciężko zarabiający na chleb współmieszkańcy bardziej starają się mi coś znaleźć. Moim nowym pomysłem na szukanie będzie używać życia i sprawiać wrażenie, że niepewność finansowa nie jest dla mnie straszna. Ktoś ciężko pracujący nie może znieść myśli, że w czasie gdy on znosi trudy i znoje swojego zajęcia, ktoś inny z zadowoleniem praży się na słońcu. Ideologia lenistwa dobra jak każda inna ("nie umiem tańczyć", "kiepska praca, ale płacą regularnie", "pewnie nic dobrego nie grają").
Przedwczoraj obejrzałem komedię "Bruce Almighty" ("Bruce Wszechmogący"), w udanej roli tytułowej Jim Carrey. Zfrustrowany prezenter podrzędnej stacji telewizyjnej otrzymuje od Boga wszechmoc, by zobaczył że zajęcie ojca wszechrzeczy to nie taka bułka z masłem, jak mogłoby się wydawać. Niegłupie, dobrze zagrane, z kilkoma tylko słabszymi momentami, 8/10. Można pójść z osobą towarzyszącą.
Wróciliśmy przed chwilą z A Bar Too Far, spokojny wieczór, niewiele się wydarzyło. Obsługa zmieniła się na gorsze, bez uśmiechu i ani polotu. Czy to za dużo wymagać od barmanki, żeby zamawianie drinków było przyjemnością, żeby się klient nie czuł jakby w czymś przeszkadzał. W dodatku gdy do zamówienia dodałem zapałki: "...And matches, please" oberwałem jak przedszkolak "A box of matches?" Nie słonko, dwie poproszę, w zębach chcę sobie podłubać.
Ktoś podstępnie wyrzucił nektarynki gdy nie patrzyłem, więc będę musiał powtórzyć eksperyment, tym razem z pomarańczami, smaczniejsze.
Dorobienia klucza do domu, 5.40
Gregg's Meal Deal (z dwoma Sausage Roll), 1.80
Red Bull (w "A Bar Too Far"), 2.00
23:14 — Wakacje, prawie. Tematem dnia na zajęciach była reklama, w szczególności skierowana do dzieci. Dorośli uważają, że dzieci to ich mniejsze, głupsze wersje. Ĺ»e nie potrafią rozróżnić reklamy od rzeczywistości, że trzeba je chronić przed jakimkolwiek kontaktem ze złym i niemoralnym światem. Każdy ocenia innych po sobie, szczególnie ci, którzy chcą uchodzić za idealnych, bo boją się wyróżnić, albo broń Boże przeżyć coś bardziej ekscytującego niż nowy odcinek Złotopolskich.
Kilka pomysłów na rozkręcenie własnego biznesu w Polsce:
- antykwariat dobrych książek, płyt i komiksów — teraz widzę jak brakowało mi takiego miejsca w Polsce,
- strona pornograficzna — mody przychodzą i odchodzą, a goły tyłek zawsze się dobrze sprzedaje,
- pogotowie komputerowe — tak naprawdę pomysł O., może się dobrze przyjąć w erze wszechobecnego pośpiechu i strachu przed komputerami.
Krótko przed wyjazdem namawiałem D. żeby raz a porządnie zerwała z chłopakiem którego nigdy naprawdę nie chciała, co jej się, dumnie ogłaszam, udało. Jeżeli jest się z kimś tylko po to, żeby oszczędzić jemu — i sobie — przykrości zerwania, nie jest to przyjemne dla żadnej ze stron. Nie po to się z kimś jest żeby nie być samemu, ale dlatego że we dwójkę fajniej.
Zauważyłem, że gdy dobrze się bawię i nie narzekam na brak źródeł dochodu, ciężko zarabiający na chleb współmieszkańcy bardziej starają się mi coś znaleźć. Moim nowym pomysłem na szukanie będzie używać życia i sprawiać wrażenie, że niepewność finansowa nie jest dla mnie straszna. Ktoś ciężko pracujący nie może znieść myśli, że w czasie gdy on znosi trudy i znoje swojego zajęcia, ktoś inny z zadowoleniem praży się na słońcu. Ideologia lenistwa dobra jak każda inna ("nie umiem tańczyć", "kiepska praca, ale płacą regularnie", "pewnie nic dobrego nie grają").
Przedwczoraj obejrzałem komedię "Bruce Almighty" ("Bruce Wszechmogący"), w udanej roli tytułowej Jim Carrey. Zfrustrowany prezenter podrzędnej stacji telewizyjnej otrzymuje od Boga wszechmoc, by zobaczył że zajęcie ojca wszechrzeczy to nie taka bułka z masłem, jak mogłoby się wydawać. Niegłupie, dobrze zagrane, z kilkoma tylko słabszymi momentami, 8/10. Można pójść z osobą towarzyszącą.
Wróciliśmy przed chwilą z A Bar Too Far, spokojny wieczór, niewiele się wydarzyło. Obsługa zmieniła się na gorsze, bez uśmiechu i ani polotu. Czy to za dużo wymagać od barmanki, żeby zamawianie drinków było przyjemnością, żeby się klient nie czuł jakby w czymś przeszkadzał. W dodatku gdy do zamówienia dodałem zapałki: "...And matches, please" oberwałem jak przedszkolak "A box of matches?" Nie słonko, dwie poproszę, w zębach chcę sobie podłubać.
Ktoś podstępnie wyrzucił nektarynki gdy nie patrzyłem, więc będę musiał powtórzyć eksperyment, tym razem z pomarańczami, smaczniejsze.
wtorek, lipca 15, 2003
Książki w Oxfam (używane), 1.47
Iceland Deep Pan Pizza x 2, 2.00
Zapalniczka, 0.25
Napoje w puszkach (Coca Cola x 2, Lilt, Tango Orange), 1.00
16:17 — Wtorek, dzień książki. Pierwszy raz, więc bez wielkiego żalu zaspałem i nie poszedłem do szkoły, dzięki czemu zaoszczędziłem 4.60 i mogłem wydać je w nierozsądny sposób.
Sklepy Oxfam zbierają używane ubrania, płyty i książki, by po rozsortowaniu i oczyszczeniu sprzedać, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczają na działalność charytatywną. Wystrój wnętrza i ogólny efekt jest podobny do najlepszych z polskich lumpeksów. Kupować ubrania lubię mniej więcej tak jak ryby lubią się opalać, więc nieświeży zapach wystarczy mi jako argument przeciw, ale nie umiałem się powstrzymać by nie kupić kilku książek, jestem uzależniony od kiepsko wydanych paperbacków. Bez szczególnych wyrzutów sumienia, bo po niecałe pół funta za sztukę — za tą cenę i w Polsce trudno kupić, szczególnie po angielsku, usprawiedliwiam sobie chęcią rozwijania znajomości języka. Przed powrotem do domu za pięć albo dziesięć funtów kupię całą torbę literatury na drogę.
Co udało mi się na dobroczynych półkach Oxfam znaleźć? "Bridget Jones's Diary" ("Pamiętnik Bridget Jones") Helen Fielding czyli doskonale znane wszystkim zapiski trochę zakompleksionej trzydziestolatki z nadwagą. Pewna paralela z "Dniem Świra" Kotarskiego, dziewczyna której życie wewnętrzne jest dużo piękniejsze, niż to co pokazuje na zewnątrz. Słyszałem od wielu osób, że jak zwykle książka lepsza niż film, też poniekąd całkiem znośny jak na angielskie kino familijne. 300 stron, przeceniona z sześciu quid (funtów) — tragiczny jest los sezonowych książek.
"Simply Divine" ("Po prostu boskie") Wendy Holden, której widok na półkach Oxfam szczególnie mnie zdziwił, wciąż wiszą przecież jej (i dwóch innych książek autorki) reklamy w metrze. Za The Sunday Times: "Rzadkością jest by powieści komiczne dorastały do swych tytułów, lecz -Po Prostu Boskie- jest właśnie takie". Przekonamy się. 380 stron i ciekawostka, wydanie specjalne dla czasopisma Cosmopolitan, nie na sprzedaż! Drżąc rozejrzałem się czy nikt mnie nie obserwuje; myślę że przy ilości płyt jakie nielegalnie skopiowałem, od dawna jestem poszukiwanym kryminalistą.
Ostatnia nowozdobyta książka, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, to "A Fairly Honourable Defeat" ("Dość Honorowa Porażka") Iris Murdoch, bohaterki filmu biograficznego "Iris". Film opowiada o jej ostatnich latach życia, o chorobie Alzheimera która ogromny, ukształtowany przez Oxfordzki wydział filozofii umysł sprowadziła do szczęśliwie nieświadomej radości życia małego dziecka. Nie jest to historia walki, lecz raczej pogodzenia się z losem. Mówi o wypalaniu się, ale też o nowej jakości która powstaje gdy człowiek się zmienia w pozornie niszczący sposób. 440 stron, wydana przez Penguin, przeceniona z jednego funta.
Nie mogę wciąż uwierzyć, że pisanie książek to wyłącznie ciężka praca, a książki które wydają się pisane jednym tchem mielone były przez autora w nieskończoność, każde zdanie przepisane tysiąc razy. Dowcipy zwykle nie wynikają w bezpośredni sposób z komicznej osobowości twórcy, lecz z nagłego natchnienia pod tytułem "O, to zabawne, wstawię w pierwszym akapicie bo coś wyszedł drętwy". Pisanie książek to zajęcie dla ludzi którym dopiero po zakończeniu rozmowy przychodzą do głowy skuteczne argumenty i cięte riposty.
Pogoda jest bardziej australijska niż brytyjska, nawet czarni i hindusi zaczynają się pocić. Pracy wciąż nie mam, może za mało się przykładam albo z ust mi pachnie nieprzyjemnie.
Nektarynki uparcie leżą na stoliku w ogrodzie, coraz bardziej pomarszczone, ale słodsze ani miększe się nie robią. Trochę jak z jajkami które po czterech godzinach gotowania wciąż są twarde.
Iceland Deep Pan Pizza x 2, 2.00
Zapalniczka, 0.25
Napoje w puszkach (Coca Cola x 2, Lilt, Tango Orange), 1.00
16:17 — Wtorek, dzień książki. Pierwszy raz, więc bez wielkiego żalu zaspałem i nie poszedłem do szkoły, dzięki czemu zaoszczędziłem 4.60 i mogłem wydać je w nierozsądny sposób.
Sklepy Oxfam zbierają używane ubrania, płyty i książki, by po rozsortowaniu i oczyszczeniu sprzedać, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczają na działalność charytatywną. Wystrój wnętrza i ogólny efekt jest podobny do najlepszych z polskich lumpeksów. Kupować ubrania lubię mniej więcej tak jak ryby lubią się opalać, więc nieświeży zapach wystarczy mi jako argument przeciw, ale nie umiałem się powstrzymać by nie kupić kilku książek, jestem uzależniony od kiepsko wydanych paperbacków. Bez szczególnych wyrzutów sumienia, bo po niecałe pół funta za sztukę — za tą cenę i w Polsce trudno kupić, szczególnie po angielsku, usprawiedliwiam sobie chęcią rozwijania znajomości języka. Przed powrotem do domu za pięć albo dziesięć funtów kupię całą torbę literatury na drogę.
Co udało mi się na dobroczynych półkach Oxfam znaleźć? "Bridget Jones's Diary" ("Pamiętnik Bridget Jones") Helen Fielding czyli doskonale znane wszystkim zapiski trochę zakompleksionej trzydziestolatki z nadwagą. Pewna paralela z "Dniem Świra" Kotarskiego, dziewczyna której życie wewnętrzne jest dużo piękniejsze, niż to co pokazuje na zewnątrz. Słyszałem od wielu osób, że jak zwykle książka lepsza niż film, też poniekąd całkiem znośny jak na angielskie kino familijne. 300 stron, przeceniona z sześciu quid (funtów) — tragiczny jest los sezonowych książek.
"Simply Divine" ("Po prostu boskie") Wendy Holden, której widok na półkach Oxfam szczególnie mnie zdziwił, wciąż wiszą przecież jej (i dwóch innych książek autorki) reklamy w metrze. Za The Sunday Times: "Rzadkością jest by powieści komiczne dorastały do swych tytułów, lecz -Po Prostu Boskie- jest właśnie takie". Przekonamy się. 380 stron i ciekawostka, wydanie specjalne dla czasopisma Cosmopolitan, nie na sprzedaż! Drżąc rozejrzałem się czy nikt mnie nie obserwuje; myślę że przy ilości płyt jakie nielegalnie skopiowałem, od dawna jestem poszukiwanym kryminalistą.
Ostatnia nowozdobyta książka, o której nigdy wcześniej nie słyszałem, to "A Fairly Honourable Defeat" ("Dość Honorowa Porażka") Iris Murdoch, bohaterki filmu biograficznego "Iris". Film opowiada o jej ostatnich latach życia, o chorobie Alzheimera która ogromny, ukształtowany przez Oxfordzki wydział filozofii umysł sprowadziła do szczęśliwie nieświadomej radości życia małego dziecka. Nie jest to historia walki, lecz raczej pogodzenia się z losem. Mówi o wypalaniu się, ale też o nowej jakości która powstaje gdy człowiek się zmienia w pozornie niszczący sposób. 440 stron, wydana przez Penguin, przeceniona z jednego funta.
Nie mogę wciąż uwierzyć, że pisanie książek to wyłącznie ciężka praca, a książki które wydają się pisane jednym tchem mielone były przez autora w nieskończoność, każde zdanie przepisane tysiąc razy. Dowcipy zwykle nie wynikają w bezpośredni sposób z komicznej osobowości twórcy, lecz z nagłego natchnienia pod tytułem "O, to zabawne, wstawię w pierwszym akapicie bo coś wyszedł drętwy". Pisanie książek to zajęcie dla ludzi którym dopiero po zakończeniu rozmowy przychodzą do głowy skuteczne argumenty i cięte riposty.
Pogoda jest bardziej australijska niż brytyjska, nawet czarni i hindusi zaczynają się pocić. Pracy wciąż nie mam, może za mało się przykładam albo z ust mi pachnie nieprzyjemnie.
Nektarynki uparcie leżą na stoliku w ogrodzie, coraz bardziej pomarszczone, ale słodsze ani miększe się nie robią. Trochę jak z jajkami które po czterech godzinach gotowania wciąż są twarde.
poniedziałek, lipca 14, 2003
Zdjęcie SIM-Lock z komórki, 8.00
Karta pre-paid T-Mobile, 10.00
Naładowanie pre-paid T-Mobile, 10.00
Przejściówka Euro->UK, 2.95 (!!)
Zakupy w Sainsbury's, 3.68
18:42 — Nowa komórka, nowa szkoła, prawie jakbym szedł do gimnazjum. Pierwszy raz mieliśmy dziś zajęcia w nowym budynku szkoły. Nowy budynek mieści się (podobnie jak dotychczasowy) na Sheperd's Bush, ale jest bardziej pojemny i chyba przyjemniejszy. Na potrzeby szkoły zaadoptowano starą kamienicę, wiele małych pokoików połączonych wąskimi schodami, dzięki czemu w ładne dni z łatwością można będzie nie znaleźć odpowiedniej sali. Będą tam też — jeszcze niegotowe — kawiarenka oferująca potrawy z różnych części świata i pomieszczenie wypoczynkowe w którym bez dodatkowych opłat korzystać będzie można z komputerów z dostępem do Internetu lub oglądać telewizję.
Nie znalazłem jeszcze pracy, ale podobno to normalne szukać pracy przez miesiąc, niektórzy dłużej nawet szorowali rdzennie polskim obuwiem nordyckie płyty brukowe. Znaleźć pracę najłatwiej jest specjalistom budowlanym, co stawia w trudnej sytuacji kogoś, kto jak ja traktował ściany nie jako murowane konstrukcje nośne, lecz jako coś, co w ostateczności można pomalować gdy już się kończą wymówki.
Za Liroyem: "Droga mamo, powiem ci jedno, mieszkam w pięknym kraju, tu wszyscy się kochają". Ekspedientki uśmiechają się ładnie i szczerze, obsługa w sklepie z telefonami komórkowymi stara się pomóc i nie oburza się na nieznajomość numerków którymi pewna skandynawska firma określa kolejne modele swoich — bardzo zresztą trwałych i wygodnych — telefonów. Najtańsze produkty w supermarketach są naprawde niedrogie i smaczne. Gdy zapytany policjant nie może skutecznie wytłumaczyć nieznającemu języka angielskiego turyście drogi do hotelu, zaprowadzi go pod same drzwi, upewni się że to odpowiedni adres i pożegna z uśmiechem. Nawet pracownica wydająca paczki na poczcie, której polska koleżanka każdą interakcję z klientem rozumie jako łamanie jej podstawowego prawa do obrzydliwego lenistwa była uśmiechnięta, pomocna i przeprosiła mnie za pomyłkę w moim całkowicie niestrawnym dla Anglika nazwisku, zamiast — czego się nauczony słowiańskim doświadczeniem spodziewałem — opieprzyć.
W T-Mobile, sieci której kartę pre-paid kupiłem opłaty za rozmowy zależne są od stanu konta: jeżeli doładuje się komórkę do ponad trzydziestu funtów cena minuty połączenia spada ze standardowych trzydziestu do dziesięciu pensów. Minimalna opłata za połączenie wynosi pięć pensów, co jak sądzę znaczy że czas rozmowy liczony jest w jednostkach mniejszych niż minuta. Lokalne SMSy kosztują dziesięć, zagraniczne dwadzieścia pensów. To co podoba mi się jednak najbardziej, to otwartość z jaką podaje się klientom informacje. W dwunastostronicowej książeczce którą otrzymałem z kartą SIM zawarty jest prosty cennik w którym VAT oczywiście wliczony jest już w ceny, prosty regulamin oraz ogólny opis funkcji dostępnych użytkownikowi: poczta głosowa, informacja o numerach, roaming, telekonferencje, parę serwisów informacyjnych i rozrywkowych.
Na Golder's Green gdzie parę dni temu pojechaliśmy z S., O. odwiedzić znajome z kraju, znalazem "budkę" telefoniczną zaopatrzoną w płaski kolorowy wyświetlacz i klawiaturę. Za opłatą pozwala ona — oprócz oczywiście rozmów telefonicznych — korzystać z Internetu, bez opłaty ograniczając swe funkcje do dostępu do serwisu informacyjnego BBC News. Szukając nowinek z Polski znalazłem informację o pobycie w Gdyni statku na którym holenderskie aktywistki rozdają tabletki wczesnoporonne polskim kobietom. Pomijając samą sprawę, która była już dostatecznie wiele razy mielona przez rozmaitych ekspertów i laików, zachwyciło mnie, że nie jestem na podstawie tekstu w stanie określić czy autor popiera inicjatywę, czy jest jej przeciwny. Prawdziwe dziennikarstwo na wysokim poziomie.
Karta pre-paid T-Mobile, 10.00
Naładowanie pre-paid T-Mobile, 10.00
Przejściówka Euro->UK, 2.95 (!!)
Zakupy w Sainsbury's, 3.68
18:42 — Nowa komórka, nowa szkoła, prawie jakbym szedł do gimnazjum. Pierwszy raz mieliśmy dziś zajęcia w nowym budynku szkoły. Nowy budynek mieści się (podobnie jak dotychczasowy) na Sheperd's Bush, ale jest bardziej pojemny i chyba przyjemniejszy. Na potrzeby szkoły zaadoptowano starą kamienicę, wiele małych pokoików połączonych wąskimi schodami, dzięki czemu w ładne dni z łatwością można będzie nie znaleźć odpowiedniej sali. Będą tam też — jeszcze niegotowe — kawiarenka oferująca potrawy z różnych części świata i pomieszczenie wypoczynkowe w którym bez dodatkowych opłat korzystać będzie można z komputerów z dostępem do Internetu lub oglądać telewizję.
Nie znalazłem jeszcze pracy, ale podobno to normalne szukać pracy przez miesiąc, niektórzy dłużej nawet szorowali rdzennie polskim obuwiem nordyckie płyty brukowe. Znaleźć pracę najłatwiej jest specjalistom budowlanym, co stawia w trudnej sytuacji kogoś, kto jak ja traktował ściany nie jako murowane konstrukcje nośne, lecz jako coś, co w ostateczności można pomalować gdy już się kończą wymówki.
Za Liroyem: "Droga mamo, powiem ci jedno, mieszkam w pięknym kraju, tu wszyscy się kochają". Ekspedientki uśmiechają się ładnie i szczerze, obsługa w sklepie z telefonami komórkowymi stara się pomóc i nie oburza się na nieznajomość numerków którymi pewna skandynawska firma określa kolejne modele swoich — bardzo zresztą trwałych i wygodnych — telefonów. Najtańsze produkty w supermarketach są naprawde niedrogie i smaczne. Gdy zapytany policjant nie może skutecznie wytłumaczyć nieznającemu języka angielskiego turyście drogi do hotelu, zaprowadzi go pod same drzwi, upewni się że to odpowiedni adres i pożegna z uśmiechem. Nawet pracownica wydająca paczki na poczcie, której polska koleżanka każdą interakcję z klientem rozumie jako łamanie jej podstawowego prawa do obrzydliwego lenistwa była uśmiechnięta, pomocna i przeprosiła mnie za pomyłkę w moim całkowicie niestrawnym dla Anglika nazwisku, zamiast — czego się nauczony słowiańskim doświadczeniem spodziewałem — opieprzyć.
W T-Mobile, sieci której kartę pre-paid kupiłem opłaty za rozmowy zależne są od stanu konta: jeżeli doładuje się komórkę do ponad trzydziestu funtów cena minuty połączenia spada ze standardowych trzydziestu do dziesięciu pensów. Minimalna opłata za połączenie wynosi pięć pensów, co jak sądzę znaczy że czas rozmowy liczony jest w jednostkach mniejszych niż minuta. Lokalne SMSy kosztują dziesięć, zagraniczne dwadzieścia pensów. To co podoba mi się jednak najbardziej, to otwartość z jaką podaje się klientom informacje. W dwunastostronicowej książeczce którą otrzymałem z kartą SIM zawarty jest prosty cennik w którym VAT oczywiście wliczony jest już w ceny, prosty regulamin oraz ogólny opis funkcji dostępnych użytkownikowi: poczta głosowa, informacja o numerach, roaming, telekonferencje, parę serwisów informacyjnych i rozrywkowych.
Na Golder's Green gdzie parę dni temu pojechaliśmy z S., O. odwiedzić znajome z kraju, znalazem "budkę" telefoniczną zaopatrzoną w płaski kolorowy wyświetlacz i klawiaturę. Za opłatą pozwala ona — oprócz oczywiście rozmów telefonicznych — korzystać z Internetu, bez opłaty ograniczając swe funkcje do dostępu do serwisu informacyjnego BBC News. Szukając nowinek z Polski znalazłem informację o pobycie w Gdyni statku na którym holenderskie aktywistki rozdają tabletki wczesnoporonne polskim kobietom. Pomijając samą sprawę, która była już dostatecznie wiele razy mielona przez rozmaitych ekspertów i laików, zachwyciło mnie, że nie jestem na podstawie tekstu w stanie określić czy autor popiera inicjatywę, czy jest jej przeciwny. Prawdziwe dziennikarstwo na wysokim poziomie.
niedziela, lipca 13, 2003
Nektarynki, 1.00
Greggs Small Bloomer (chleb), 0.69
Chickenburger, 1.00 x 2
14:21 — Potencjalnie leniwa niedziela. Wczorajsza impreza pożegnalna dla wyjeżdżającego na tydzień do Polski kolegi na którą zabrał mnie W. udała się nadspodziewanie, choć trochę do przesady. Dzisiejszy wieczór zapowiada się podobnie, nie wiem tylko czy starczy mi sił.
Wszyscy poszli pracować lub wypoczywać, siedzę w domu sam. Opalanie się jest bardziej nudne, niż przyglądanie się jak drzewom rosną gałęzie. Mogę ewentualnie poleżeć z książką, ale wtedy opalam tylko plecy i wyglądam jak czerwona eklerka. Były wstępne plany żeby jechać do Dover popływać w morzu, ale chyba nic z tego nie będzie.
Kupiłem opakowanie nektarynek, ale okazały się niedojrzałe i "dojrzewam" je na stoliku w ogrodzie. Przypuszczam że prędzej się upieką niż zrobią miękkie i słodkie, ale biorąc pod uwagę że teraz smakują jak ciepłe pudełko z kartonu każda zmiana będzie krokiem w dobrym kierunku. Może są lepsze sposoby na przyspieszone dojrzewanie owoców luzem?
Znowu czytam Autostopem przez galaktykę Adamsa, a do tego Muzeum psów Carrolla i jakąś pożyczoną powieść szpiegowską. Wciąż nie czytałem Niewidomego zegarmistrza i Samolubnego genu Dawkinsa — w normalnej księgarni nie kupię bo drogie, a w antykwariatach trudno będzie to znaleźć. Może łatwiej będzie o Pamiętnik Bridget Jones, słyszałem że to świetna książka.
Niedługo będę musiał zabrać swój leniwy tyłek do Sainsbury's i zaopatrzyć się w produkty spożywcze, inaczej znów będę siedział wieczorem na głodniaka albo szukał jakiegoś otwartego fast-foodu. Koło metra (Tooting Brodway) jest sporo knajpek prowadzonych przez Hindusów, z tego co mi wiadomo nawet smacznych, ale samemu wychodzi taniej i pewnie zdrowiej.
W Greggs na życzenie kroją chleb na grube albo cienkie kromki lub, co ciekawsze, połowę na grube, a połowę na cienkie. Niestety chleb od nich wytrzymuje tylko jeden dzień, wynik nieporównanie gorszy niż Sainsbury's, których chleb po czterech dniach jest całkowicie jadalny. Inna sprawa, że ta chorobliwie długotrwała świeżość wynika jak myślę bardziej z osiągnięć nauki niż z wkładanej przez piekarza w pracę miłości i rano szukam śladów rosnących mi nowych, ekscytujących części ciała. Nie mam nic przeciwko dodatkowej ręce lub nodze — nigdy nie wiadomo do czego mogą się przydać — ale dwie głowy oznaczają dwa razy więcej porannego golenia, co zupełnie odpada.
19:52 — Zaraz idziemy na bilarda do Scream, pubu studenckiego. Wciąż nie potrafię określić czy K. i J są ze sobą, a jeżeli nie, to czy chcą być. Jeżeli dwoje ludzi mieszka w jednym pokoju, śpi w jednym łóżku, jada razem obiadki i chodzi na zakupy, to czy musi to coś znaczyć? Oczywiście że nie musi, ale tylko tak jak ktoś kogo ugryzie przerośnięta jaszczurka z Komodo nie musi umrzeć — podobno jedna osoba przeżyła.
No i oczywiście nie kupiłem sobie nic do jedzenia. Będę musiał zjeść chickenburgera w ciapatej (hinduskiej) knajpie albo Happy Meal w McDonalds — Happy Meal oczywiście ze względu na zabawkę. Za pięćdziesiąt lat wciąż ucieszy mnie zabawnie uformowany przez chińskich więźniów politycznych kawałek masy plastykowej.
23:45 — Wieczór zakończył się kilkoma partiami bilarda i "obiadem" w fastfoodzie. Jutro szkoła i apiać szukać pracy po mieście. Mam trochę numerów do agencji, podzwonię po szkole i pójdę szukać po budowach, może coś się znajdzie. Duże miasto, ten Londyn, więc i możliwości niemałe.
Greggs Small Bloomer (chleb), 0.69
Chickenburger, 1.00 x 2
14:21 — Potencjalnie leniwa niedziela. Wczorajsza impreza pożegnalna dla wyjeżdżającego na tydzień do Polski kolegi na którą zabrał mnie W. udała się nadspodziewanie, choć trochę do przesady. Dzisiejszy wieczór zapowiada się podobnie, nie wiem tylko czy starczy mi sił.
Wszyscy poszli pracować lub wypoczywać, siedzę w domu sam. Opalanie się jest bardziej nudne, niż przyglądanie się jak drzewom rosną gałęzie. Mogę ewentualnie poleżeć z książką, ale wtedy opalam tylko plecy i wyglądam jak czerwona eklerka. Były wstępne plany żeby jechać do Dover popływać w morzu, ale chyba nic z tego nie będzie.
Kupiłem opakowanie nektarynek, ale okazały się niedojrzałe i "dojrzewam" je na stoliku w ogrodzie. Przypuszczam że prędzej się upieką niż zrobią miękkie i słodkie, ale biorąc pod uwagę że teraz smakują jak ciepłe pudełko z kartonu każda zmiana będzie krokiem w dobrym kierunku. Może są lepsze sposoby na przyspieszone dojrzewanie owoców luzem?
Znowu czytam Autostopem przez galaktykę Adamsa, a do tego Muzeum psów Carrolla i jakąś pożyczoną powieść szpiegowską. Wciąż nie czytałem Niewidomego zegarmistrza i Samolubnego genu Dawkinsa — w normalnej księgarni nie kupię bo drogie, a w antykwariatach trudno będzie to znaleźć. Może łatwiej będzie o Pamiętnik Bridget Jones, słyszałem że to świetna książka.
Niedługo będę musiał zabrać swój leniwy tyłek do Sainsbury's i zaopatrzyć się w produkty spożywcze, inaczej znów będę siedział wieczorem na głodniaka albo szukał jakiegoś otwartego fast-foodu. Koło metra (Tooting Brodway) jest sporo knajpek prowadzonych przez Hindusów, z tego co mi wiadomo nawet smacznych, ale samemu wychodzi taniej i pewnie zdrowiej.
W Greggs na życzenie kroją chleb na grube albo cienkie kromki lub, co ciekawsze, połowę na grube, a połowę na cienkie. Niestety chleb od nich wytrzymuje tylko jeden dzień, wynik nieporównanie gorszy niż Sainsbury's, których chleb po czterech dniach jest całkowicie jadalny. Inna sprawa, że ta chorobliwie długotrwała świeżość wynika jak myślę bardziej z osiągnięć nauki niż z wkładanej przez piekarza w pracę miłości i rano szukam śladów rosnących mi nowych, ekscytujących części ciała. Nie mam nic przeciwko dodatkowej ręce lub nodze — nigdy nie wiadomo do czego mogą się przydać — ale dwie głowy oznaczają dwa razy więcej porannego golenia, co zupełnie odpada.
19:52 — Zaraz idziemy na bilarda do Scream, pubu studenckiego. Wciąż nie potrafię określić czy K. i J są ze sobą, a jeżeli nie, to czy chcą być. Jeżeli dwoje ludzi mieszka w jednym pokoju, śpi w jednym łóżku, jada razem obiadki i chodzi na zakupy, to czy musi to coś znaczyć? Oczywiście że nie musi, ale tylko tak jak ktoś kogo ugryzie przerośnięta jaszczurka z Komodo nie musi umrzeć — podobno jedna osoba przeżyła.
No i oczywiście nie kupiłem sobie nic do jedzenia. Będę musiał zjeść chickenburgera w ciapatej (hinduskiej) knajpie albo Happy Meal w McDonalds — Happy Meal oczywiście ze względu na zabawkę. Za pięćdziesiąt lat wciąż ucieszy mnie zabawnie uformowany przez chińskich więźniów politycznych kawałek masy plastykowej.
23:45 — Wieczór zakończył się kilkoma partiami bilarda i "obiadem" w fastfoodzie. Jutro szkoła i apiać szukać pracy po mieście. Mam trochę numerów do agencji, podzwonię po szkole i pójdę szukać po budowach, może coś się znajdzie. Duże miasto, ten Londyn, więc i możliwości niemałe.
sobota, lipca 12, 2003
Cadbury's Dairy Milk King Size, 0.69
Leniwa sobota. Minęły już prawie dwa tygodnie od mojego przyjazdu europejskiej stolicy biznesu i rozrywek, Londynu. Powoli przechodzi mi kaszel, który podobno męczy większość świeżo przybyłych, choć nikt kogo pytałem nie potwierdził żeby zasada ta odniosła się do niego.
Jeden z najodpowiedniejszych sposobów na spędzenie sobotniego poranka — przez malkontentów zwanego popołudniem — to relaks w ogródku za domem z udziałem środków powszechnie uważanych za odurzające, w stworzonej na nasze potrzeby promocji siedem butelek za jedyne pięć funtów. Potem W. poszedł do pracy, a K. z J. na zakupy do Sainsbury's.
Odebrałem dzisiaj pierwszą paczkę z ojczyzny, w niej książki, czasopisma i co najważniejsze papierosy. Paczka dwudziestu czerwonych Marlboro w Off Licence (połączenie kiosku ze sklepem monopolowym) kosztuje prawie pięć funtów; takie wydatki zabijają cżłowieka szybciej niż nowotwór. Tutejszy minister zdrowia, szczęścia i opieki społecznej nie czuje potrzeby podpisywania się pod — bardziej niż w Polsce bezpośrednimi, silniej przemawiającymi do świadomości przeciętnego telewidza, zahartowanego filmami z Brucem Willisem i wieczornymi wiadomościami — ostrzeżeniami na paczkach papierosów. Mniej próżny niż nasz? Muszę sprawdzić, ale chyba nie jeździ nową Lancią.
Dzięki segregowaniu śmieci do recyclingu zaoszczędzić można chyba na opłatach za wywożenie, a na pewno na kupowaniu worków na śmieci. W Polsce nawet do głowy mi nie przyszło żeby segregować, ale jak już ktoś to wymyślił, to nie jest to żaden kłopot. Niegłupio.
Leniwa sobota. Minęły już prawie dwa tygodnie od mojego przyjazdu europejskiej stolicy biznesu i rozrywek, Londynu. Powoli przechodzi mi kaszel, który podobno męczy większość świeżo przybyłych, choć nikt kogo pytałem nie potwierdził żeby zasada ta odniosła się do niego.
Jeden z najodpowiedniejszych sposobów na spędzenie sobotniego poranka — przez malkontentów zwanego popołudniem — to relaks w ogródku za domem z udziałem środków powszechnie uważanych za odurzające, w stworzonej na nasze potrzeby promocji siedem butelek za jedyne pięć funtów. Potem W. poszedł do pracy, a K. z J. na zakupy do Sainsbury's.
Odebrałem dzisiaj pierwszą paczkę z ojczyzny, w niej książki, czasopisma i co najważniejsze papierosy. Paczka dwudziestu czerwonych Marlboro w Off Licence (połączenie kiosku ze sklepem monopolowym) kosztuje prawie pięć funtów; takie wydatki zabijają cżłowieka szybciej niż nowotwór. Tutejszy minister zdrowia, szczęścia i opieki społecznej nie czuje potrzeby podpisywania się pod — bardziej niż w Polsce bezpośrednimi, silniej przemawiającymi do świadomości przeciętnego telewidza, zahartowanego filmami z Brucem Willisem i wieczornymi wiadomościami — ostrzeżeniami na paczkach papierosów. Mniej próżny niż nasz? Muszę sprawdzić, ale chyba nie jeździ nową Lancią.
Dzięki segregowaniu śmieci do recyclingu zaoszczędzić można chyba na opłatach za wywożenie, a na pewno na kupowaniu worków na śmieci. W Polsce nawet do głowy mi nie przyszło żeby segregować, ale jak już ktoś to wymyślił, to nie jest to żaden kłopot. Niegłupio.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)