Rząd francuski pragnie podkreślić i wzmocnić rozdział państwa i religii. W tym celu pragnie wprowadzić zakaz noszenia w szkołach chust na głowach (muzułmanki), jarmułek (żydzi) i dużych krzyży (chrześcijanie).
Pomijając oczywiste zastrzeżenie, że jeżeli chrześcijanom wolno będzie nosić małe krzyżyki, to może żydzi powinni mieć prawo do bardzo malutkich mycek, a muzułmanki powinny dostać zezwolenie na opaski na czoło, politycy mają chyba pocieszająco ponadnarodowy talent do widzenia spraw odwrotnie niż statystyczny obserwator.
Tą samą radosną ignorancję widać też w wyczynie izraelskiego ambasadora który wtargnął wczoraj na teren wystawy sztuki w Szwecji i zniszczył jedną z instalacji. Składała się ona z pływającej w basenie symbolizującego krew czerwonego płynu, małej papierowej łódeczki z reprodukcją zdjęcia palestyńskiej kobiety, która jako żywa bomba eksplodowała na izraelskim przejściu granicznym. Polityk, jak przystało na męża stanu, wpierw wyłączył reflektory oświetlające instalację, po czym jeden z reflektorów wrzucił do basenu. Jego zdaniem instalacja, wykonana jako głos poparcia dla odbywającej się właśnie konferencji przeciwko przemocy, gloryfikowała terroryzm.
Podsumowując, politycy uważają, że tworząc prawny zakaz noszenia elementów biżuterii i garderoby symbolicznych dla różnych wierzeń oddzielają państwo od religii, a niszcząc dzieła sztuki opowiadają się przeciwko przemocy. Nie zastanawia mnie jak politycy ci mogą spokojnie spać w nocy, lecz raczej jak potrafią samodzielnie zawiązać sobie rano sznurówki. Chociaż oceniając po obyczajach domyślić się można, że na codzień noszą kalosze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz