piątek, stycznia 30, 2004

Czy to niedobrze, jak chciałbym być sobą, a nie wiem którym? Co to wogóle znaczy być sobą, robić to co mi pierwsze przyjdzie do głowy, bez zastanowienia? Czy, jeżeli zwykle się nad wszystkim co robię najpierw zastanawiam, to jest to właśnie naturalne dla mnie i mam tak robić ze wszystkim?

Czy to jest tak, że zachowywać się naturalnie w obliczu czegoś -- szpiegów wrogiego kraju, czy pięknej kobiety -- to znaczy udawać, że się tego nie zauważyło, że nie zauważyło się ewidentnej wyjątkowości? Czyli traktować piękną kobietę jakby była przeciętna, a wrogich szpiegów jakby byli tylko przechodniami? No dobrze, można się chyba domyślić, że nie jak mam się zachowywać względem wrogich szpiegów interesuje mnie znacznie mniej, niż gdy chodzi o piękne kobiety.

Ale takie zachowanie nie jest przecież prawdziwie naturalne, nie? Wynika ono z przemyślenia, jest grą, bardziej niż mną samym. Jeżeli jestem świadom wyjątkowości, to "naturalne" zachowanie jest nienaturalne, stanowi pozę przyjętą by "przeciwnik" nie zdawał sobie sprawy z naszego stosunku do niego. Co wydaje się bezdennie głupie, ale chyba działa: modelki mają problem z facetami, bo większość z nich traktuje je w nieprzyjemnie wyjątkowy sposób, nie jak normalne kobiety.

Nie chodzi mi nawet o to, jak ja mam się w takich sytuacjach zachowywać, bo tak się składa, że jestem piękny, cudowny i wszystkie kobiety mnie kochają -- lub dlatego, że próbując przyjąć pozę zwykle niezwykle szybko wychodzę na idiotę i myślę głównie o tym, czy ktoś to już zauważył. Ale czy to znaczy, że by adorować kobiety dla nas piękne musimy zarzucić szczerość?

Z drugiej strony szczerość może być dość szerokim pojęciem dla właścicielki pokaźnego asortymentu środków do kamuflażu -- ehm, makijażu.

Ale tak serio wydaje mi się, że przesadzam. Mimo różnic między płciami, kobiety pod bardzo wieloma względami, tymi najbardziej fundamentalnymi, są takie jak mężczyźni. Pragną być kochane, pragną być bezpieczne. Chcą być doceniane i podziwiane. Lubią dostawać prezenty i dawać je gdy obdarowany potrafi je docenić.

Jako, że dzisiejszy wpis nie miał większego sensu i wynikał tylko z tego, że przez cały dzień odpowiadała mi na telefony poczta głosowa, jeden z tekstów które właśnie piszę (za pieniądze, fajne uczucie) do multimedialnego sprawozdania z wycieczki grupy bankowców do Meksyku. Musiałem napisać później inną wersję, bo bankowcy podobno nie mają poczucia humoru.

Burritos

Wielu ludzi boi się meksykańskiego jedzenia. Może to dlatego, że jako dzieci oglądali kreskówkę o Speedim Gonzalesie, superszybkiej małej myszce, której zdarzało się czasem wyciągnąć butelkę Ostrego Sosu z niewidzialnej magicznej tylnej kieszeni spodni i polać nim jedzenie które Yosemite Sam miał właśnie zacząć jeść, po czym ten zaczynał biegać z gębą pełną płomieni, póki nie ugasił ich w najbliższym poidle dla koni.

Kuchnia meksykańska jest pod tym względem podobna do hinduskiej - nie jest przeznaczona dla ludzi słabych duchem. Dla tej jednak garstki wybrańców którzy bez zmrużenia oka i bez popijania pochłaniają najostrzejsze nawet chilli, kuchnia Meksyku stać się może ulubionym, z braku lepszego słowa, jedzeniem.

Według słownika, burrito to 'mączna tortilla w którą zawinięte jest nadzienie z wołowiny, fasoli i sera'. Definicja tak trafna, jak 'klawiszowy instrument muzyczny poddany działaniu grawitacji' określa spadający ci na głowę fortepian.

Najniższą formą burrito są produkty sieci Taco Bell, odmiany McDonalda o zabarwieniu meksykańskim. Nie można im nic zarzucić w tym samym sensie, co nie można nic zarzucić dobrze oheblowanej desce. Prosta w obsłudze i łatwa w transporcie, spełnia dokładnie swoje zadanie, ale symfonii zagrać się na niej nie da. Odpowiednie dla tych, dla których McDonalds to 'restauracja o rodzinnej atmosferze', a hipermarket to 'miłe miejsce żeby spędzić niedzielne przedpołudnie'.

Nieco wyżej w hierarchii stoją ekspresowe wersja sprzedawane w supermarketach do podgrzania w kuchence mikrofalowej. Zwykle składają się z białej, gumowatej tortilli owiniętej wokół kawałka mielonej wołowiny wymieszanej z posiekaną fasolą pinto i zlepionej pieprzną czerwoną mazią, która z grubsza przypomina przepalony olej silnikowy. Równie pożywne co mielone pudełko kartonowe i równie zdrowe jak chipsy, są pokarmem dla początkujących koneserów gatunku i potencjalnych samobójców.

Najbliższe ideału burritos można zakupić w trudnych niestety do znalezienia budkach z meksykańskim jedzeniem zwanych 'tacquerias'. Aromatyczne i czasem pełne niespodziewanych dodatków, stanowić mogą podstawę codziennej diety leniwego kawalera. Nie powinny, ale mogą. Burrito powinno być wielkości małej gaśnicy samochodowej i składać się głównie z mięsa do niedawna żywego stworzenia, w miarę możliwości ssaka lądowego.

No i - co chyba oczywiste - powinno być ostre jak maczeta.

wtorek, stycznia 27, 2004

Jeżeli dobrze wszystko rozumiem, zachowania antyspołeczne, takie jak morderstwo czy gwałt, mogą wynikać ze sprzeczności w systemie moralnym. Jeżeli na przykład wpaja się dziecku, że przemoc jest zła, a w tym samym czasie jego rodzice stosują przemoc wobec niego lub wobec siebie nawzajem, autorytet rodziców przeciwstawiany jest autorytowi społeczeństwa. Gdy w dodatku uczy się dziecko, że powinno słuchać rodziców i uczyć się od nich zachowań, to zachowania rodziców niezgodne z powszechną moralnością mogą stać się ogniskiem zapalnym problemów emocjonalnych.

Rozbieżność zresztą nie musi leżeć na linii rodzice-dziecko. Gdy dziecko zaczyna oglądać telewizję bez świadomości, że pokazuje ona tylko wybrane, uporządkowane fragmenty rzeczywistości, że niektóre kanały pokazują rzeczy brzydkie, inne pokazują piękno, jeszcze inne przyrodę lub oderwane od rzeczywistości owoce wyobraźni autorów kreskówek.

Trudno to sobie wyobrazić, ale dziecko nie jest głupsze od dorosłego jeżeli chodzi o podstawowe procesy rozumowania. Zasad działania swojego środowiska człowiek uczy się bardzo szybko. Upływ czasu wynikający ze zmiennej powtarzalności wydarzeń. Potrzeba komunikacji swoich potrzeb i jej późniejsze różnicowanie w celu uściślenia przekazu. Niebezpośrednie związki przyczynowo-skutkowe, gdy płacz wywołuje zaspokojenie tychże potrzeb z pewnym opóźnieniem, zależnym między innymi od jasności oświetlenia i braku lub obecności wydarzeń równoległych (np. gdy w pokoju obok głośno gra muzyka).

Myślę, że żaden człowiek nie ma -- w biologiczno-neurologicznym znaczeniu -- potrzeby zabijania innych ludzi. Podstawowe potrzeby są prostsze i mniej precyzyjne. To głód który każe nam poszukiwać jedzenia, bezpieczeństwo zapewnione przez zasobne i zabezpieczone przed intruzami terytorium, rozmnażanie się na które pozwalają kontakty towarzyskie.

Ludzie zabijają innych z wielu powodów. Zlikwidowanie niebezpiecznego napastnika często nawet akceptowane społecznie i w niektórych formach nie wymaga żeby zagrożenie to było bezpośrednie, czego przykładem może być proaktywny aspekt wojny w Iraku lub kary śmierci dla morderców. Odebranie życia ma być jednocześnie radykalną metodą pozbycia się zagrożenia, karą dla łamiącego zasady społeczne osobnika i zemstą dla bliskich ofiar.

Inny rodzaj zabójstwa służy odzyskaniu wolności. Pęd ku wolności nie musi być domeną rewolucjonistów, żona trująca męża by "uwolnić się od niego" również walczy o prawo do samodzielnego podejmowania decyzji o własnym życiu. Dziecko pozbawiające życia stosującego przemoc bądź wykorzystującego je seksualnie opiekuna próbuje zrzucić z siebie władzę osoby która, przynajmniej do niedawna, miała dosłowne prawo traktować je jak niewolnika. Gdy inna osoba decyduje o tym co wolno ci jeść, pić, czytać i robić w wolnym czasie, co wolno ci powiedzieć, a czego nie wolno. gdy próby ucieczki kończą się odprowadzeniem przez policję do rodziców, gdy przydzielane są do wykonania prace, a niewykonanie nakazu grozi karami, w tym cielesnymi, młody człowiek może poczuć się jak niewolnik na plantacji.

Pęd ku samookreśleniu widać choćby w "okresie buntu" który przechodzi bardzo wiele, pewnie większość osób. Im wiekszym restrykcjom poddaje się dziecko, tym bardziej pragnąć ono będzie wolności, szczególnie, że słyszy wciąż, że ma "zrobić coś ze swoim życiem", zdecydować się na kierunek studiów które zapewne określą resztę jego życia i, że ma "myśleć za siebie". Jeżeli mam myśleć za siebie, dlaczego określacie o czym mi myśleć nie wolno? Mam się ubierać tak jak wy, robić to co wy, myśleć tak jak wy i uśmiechać się grzecznie. Mam się nie garbić i odrobić lekcje, które nudzą mnie śmiertelnie i nie wnoszą do mojego życia niczego poza systematyzacją i automatycznością odrzucenia inności.

Żeby wymyślić coś nowego muszę przestać myśleć jak wy. Nie jestem kolejną kopią moich rodziców, ani przyjaciół moich rodziców, jestem zupełnie nowym człowiekiem. Człowiekiem który ma te same pragnienia co wy: by być akceptowanym, zauważonym i docenionym, by mieć wielu przyjaciół i niewielu wrogów, by spotkać kogoś z kim chciał będę spędzić resztę życia. Ale jednocześnie widzę ten nowy świat, świat którego dotąd nie było i chłonę jego piękno. Jak pradawni przodkowie, i jak wy, chcemy mieć swoje plemie, któremu będziemy potrzebni i które pomoże nam w chwilach słabości. Zaakceptujcie moje plemie, ludzie z którymi je tworzę nie są może idealni, ale każdy z nich jest kimś wyjątkowym. I każdy z nich ma swoje słabostki i pragnienia, i niespełnione tęsknoty i skryte uczucia. I wszyscy czegoś szukają, czegoś czego wy nam nie daliście, czegoś czego dać nam nie mogliście.

Potrzebujemy celów, ale większych niż ciepły dom i pies spiący pod telewizorem. W naszej globalnej wiosce, która słucha nie jednej muzyki, ale setek jej odmian niezależnie od tego gdzie na Ziemii się znajduje słuchacz. Gdzie usłyszeć można setkę języków, ale wszyscy jakoś się ze sobą dogadują, gdzie miliony ludzi rozmawiają codziennie o przyziemnych sprawach i o prawach kosmosu w przerwie na kawę, gdzie wiadomości obiegają glob dosłownie w momencie wydarzenia i trafiają do wszystkich naraz i z tysiąca różnych źródeł. Internet stał się nowym rynkiem, ale nie rynkiem gdzie świecące plastykiem hipermarkety rzucają ochłap tłuszczy, lecz takim gdzie ludzie naprawdę rozmawiają, krytykują i sprzedają sobie wzajemnie używane kosiarki do trawy. Gdzie zupełnie przeciętny chłopak z Tokyo zakochać się może z wzajemnością w studentce prawa z Bostonu w parę dni, zanim nawet jeszcze dotknie jej włosów i poczuje na sobie jej oddech.

Pragnę przywitać was w nowym świecie, zobaczcie jaki jest piękny. Ma swoje brudne strony, tak jak wszystko co twardo stoi na Ziemii musi się z czasem zakurzyć. Ale nie patrzcie tylko na to co mówią wam ludzie których egzystencja oparta jest na waszych przyzwyczajeniach, nie patrzcie z zewnątrz i krytykujcie jak zupełnie inne jest to od tego co znacie. Jest nowe, więc musi być inne. Jest wielkie, więc różni się bardzo od tego co znacie. Ale co wam będę opowiadał. Wejdźcie, zapraszam. Miejsca starczy dla wszystkich.

poniedziałek, stycznia 19, 2004

Dzisiaj trochę o, z braku lepszego słowa, filozofii. Postaram się pisać więcej na podobne tematy, bo wydaje mi się, że znam się na tym najlepiej z rzeczy o których wogóle mam jakiekolwiek pojęcie. Ale wydaje mi się też masę innych dziwnych rzeczy.

Szukanie partnerów. Przyjętym sposobem szukania partnerów, który doradziła mi Karolina, jest metoda prób i błędów. Nie jest to metoda z gruntu zła i z pewnością może przynieść dobre rezultaty, ale myślę, że nie jest to metoda najlepsza.

Idealny partner — który nota bene nie musi rzeczywiście istnieć — to ktoś kto zaspokaja nasze zmieniające się potrzeby. Potrzeby te są różne dla każdego i zróżnicowane w każdym człowieku, więc nie istnieje, nawet teoretycznie, jeden idealny partner dla każdego. Dla każdego jednak, również przynajmniej teoretycznie, można określić cechy idealnego partnera. W tym celu należy zanalizować — kolosalne wyzwanie — potrzeby osoby i określić cechy partnera potrzebne do ich zaspokojenia.

Specyfika mojego modelu osobowości polega na skłonności do analizowania wszystkiego co napotkam. Nie jest to model bardzo powszechny, mogę przypuszczać, że spotyka się go częściej wśród praktyków nauk analitycznych (jeżeli istnieje coś takiego jak nieanalityczna nauka; nauka moim zdaniem polega właśnie na analizie obiektów dla określenia ich wspólnych cech i zależności między nimi istniejących), analityków ekonomicznych, choć także wśród ludzi którzy nie parają się zawodowo analizą, lecz mają pewien określony sposób widzenia świata. Sam zawodowo zajmuję się zwykle tworzeniem serwisów internetowych, co jest zajęciem równie analitycznym, co kreatywnym. Nie mniej jednak, skłonność do głębokiego analizowania zjawisk nie jest cechą wspólną wszystkich ludzi.

Dla ludzi o skłonności do analizy, w szczególności do analizy psychologicznej, socjologicznej i filozoficznej, jest ona dodatkowym narzędziem, z którego korzystają oni odruchowo w każdej dziedzinie życia. W odniesieniu do partnerstwa zastępuje ona w pewnym stopniu emocje.

Bardzo wielu rzeczy nie da się zanalizować w zadowalającym stopniu, ze względu na niedostatek danych i na skalę złożoności. Nie potrafię w pełni analitycznie określić czy będzie mi się podobał określony film, zanim go obejrzę. Mogę zwrócić uwagę na wiele cech filmu: gatunek (romans, komedia, thriller, etc.), twórcy i wykonawcy, sposób w jaki film jest reklamowany, zawartość zwiastunów filmu, rok produkcji, recenzje (głównie dla filmów powstałych na tyle dawno, że wielu ludzi zdążyło je obejrzeć przedemną), technika i maniera wykonania (idealizm naturalistyczny kina familijnego, post-naturalizm szkoly von Triera, czarno-biały para-dokument rodzaju "Pianisty", animacja komputerowa, etc.). Ale nawet jeżeli posiadam dużo danych na temat filmu, przeczytam recenzje, objerzę zwiastuny, reżyser jest mi znany, a aktorów widziałem już w innych rolach, świadoma analiza dalej będzie niesłychanie trudna do wykonania ze względu na złożoność problemu.

W przypadku gdy nie sprawdzi się świadoma analiza, zwykle ze względu na ograniczenia czasowe komunikacji z innymi ludźmi, pozostają nam uczucia. Nie ma w tym nic złego, uczucia są również w pewnym sensie analityczne, opierają się na podobnych zasadach co myślenie świadome, chociaż ciąży na nich wrodzony błąd — wynikają z podświadomości.

Zakładam, mając ku temu silne logiczne przesłanki, że psychika osoby wynika ze złożenia fizyczności — budowy mózgu, ale też postrzeganej własnej atrakcyjności seksualnej i choćby wzrostu — i doświadczenia społecznego. Doświadczenie społeczne to zarówno życie rodzinne, szczególnie ważne w pierwszych latach życia, gdy powstają chyba najgłębsze i najbardziej fundamentalne zasady działania umysłu, ale też edukacja formalna w rozmaitych szkołach, interakcja społeczna, wiedza zdobyta samodzielnie, etc. W efekcie tworzy się zbitek założeń na każdy temat który mieliśmy okazję napotkać.

Problem z oceną emocjonalną polega na tym, że w przeciwieństwie do poprawnej logiki, emocje mogą być oparte na błędnych przesłankach. Błąd ten zwykle polega na niedokładności i uogólnieniach.

Na przykład ocena, że "narkotyki są złe" jest oceną emocjonalną. Zło jest pojęciem abstrakcyjnym i określa rzeczy które niezgodne są z przyjętym przez nas systemem wartości, dogmatów/założeń wahających się między 'dobrem' a 'złem'. Są to pojęcia czysto emocjonalne, ponieważ logika nigdy ich nie potrzebuje. Dla logiki socjalnej istnieją pojęcia 'pożyteczności' i 'szkodliwości' w zadanym kontekście.

Jak to się ma do szukania partnerów? Zaraz wytłumaczę.

Poszukiwanie partnerów w sposób emocjonalny wymaga długotrwałych kontaktów z daną osobą w dużej bliskości. Można wtedy osobę poznać bardzo dobrze, ale trwa to długo. Kolejni partnerzy 'sprawdzają się' lub nie, co powoduje albo kontynuację kontaktu, albo jego zerwanie. Dochodzi do tego problem zależności fizycznej, przez wspólne zamieszkanie, grono znajomych, wspólnotę majątkową. Przy emocjonalnej ocenie, również zerwanie jest zwykle emocjonalne, w negatywny sposób, co często utrudnia bądź uniemożliwia dalsze kontakty. Nieudany związek to nieskapitalizowana inwestycja czasu i energii, z której jedynym, choć bardzo ważnym zyskiem jest doświadczenie pozwalające w przyszłości ograniczyć ryzyko ponownego nieudanego związku.

Analiza potencjalnego partnera nie musi być czymś zimnym i wyrachowanym. Uzgadniając poglądy na różne sprawy — karę śmierci, związki homoseksualne, systemy polityczne i ekonomiczne — stosuje się zwykle analizę nieformalną. Osobę o poglądach zbliżonych do naszych, lub gdy poglądy drugiej osoby przejmujemy i włączamy we własny światopogląd, uważamy za 'dobrą'. Gdy poglądy różnią się, szczególnie w sposób wykluczający kompromis lub porozumienie, osoba jest 'zła'. W ten sposób na samym początku relacji możemy określić czy jesteśmy w stanie z daną osobą wspólnie żyć. Poglądy partnera nie muszą oczywiście być identyczne z naszymi, wystarczy, że są kompatybilne. Ateista może szczęśliwie spędzić życie z osobą wierzącą jeżeli oboje są tolerancyjni i otwarci na sposób widzenia świata przez partnera. Jeżeli jednak treścią życia jednego z potencjalnych partnerów są częste wypady 'pod namiot', a drugi wzdraga się na myśl o komarach, jedzeniu z puszek i połamanych obcasach w szpilkach od Manolo Blahnik, to związek bardzo szybko mógłby się wypalić.

Ludzie nie dzielą się na myślących o związkach analitycznie i tych dla których to emocje są kompasem uczuć. Każdy z nas używa obu tych metod, mniej lub bardziej świadomie, zależnie od predyspozycji i wyuczonego kanonu postępowania. Także każde z partnerów może, innymi metodami oceniając potencjał związku, dojść do tych samych wniosków. Istotne jest by być świadomym, że taka ocena jest wystawiana i wykorzystać do jej wystawienia pełnię swoich umiejętności. Ocena emocjonalna w pełniejszy sposób uwzględnia naszą własną podświadomość, również pragnienia i potrzeby z których nie zdajemy sobie sprawy, a analiza logiczna pozwala ten proces przyspieszyć.

No i można się nauczyć czegoś nowego o sobie samym.

sobota, stycznia 17, 2004

Rząd francuski pragnie podkreślić i wzmocnić rozdział państwa i religii. W tym celu pragnie wprowadzić zakaz noszenia w szkołach chust na głowach (muzułmanki), jarmułek (żydzi) i dużych krzyży (chrześcijanie).

Pomijając oczywiste zastrzeżenie, że jeżeli chrześcijanom wolno będzie nosić małe krzyżyki, to może żydzi powinni mieć prawo do bardzo malutkich mycek, a muzułmanki powinny dostać zezwolenie na opaski na czoło, politycy mają chyba pocieszająco ponadnarodowy talent do widzenia spraw odwrotnie niż statystyczny obserwator.

Tą samą radosną ignorancję widać też w wyczynie izraelskiego ambasadora który wtargnął wczoraj na teren wystawy sztuki w Szwecji i zniszczył jedną z instalacji. Składała się ona z pływającej w basenie symbolizującego krew czerwonego płynu, małej papierowej łódeczki z reprodukcją zdjęcia palestyńskiej kobiety, która jako żywa bomba eksplodowała na izraelskim przejściu granicznym. Polityk, jak przystało na męża stanu, wpierw wyłączył reflektory oświetlające instalację, po czym jeden z reflektorów wrzucił do basenu. Jego zdaniem instalacja, wykonana jako głos poparcia dla odbywającej się właśnie konferencji przeciwko przemocy, gloryfikowała terroryzm.

Podsumowując, politycy uważają, że tworząc prawny zakaz noszenia elementów biżuterii i garderoby symbolicznych dla różnych wierzeń oddzielają państwo od religii, a niszcząc dzieła sztuki opowiadają się przeciwko przemocy. Nie zastanawia mnie jak politycy ci mogą spokojnie spać w nocy, lecz raczej jak potrafią samodzielnie zawiązać sobie rano sznurówki. Chociaż oceniając po obyczajach domyślić się można, że na codzień noszą kalosze.
Myślę, że pomysł niewidzialnego samochodu z ostatniego Bonda, zanalizowany przez dzisiejszy BBC Science Shack, jeszcze bardzo długo nie zadziała. W skrócie polega on na umieszczeniu na pojeździe kamer i wyświetlaczy zsynchronizowanych tak, by wyświetlacze z jednej strony pokazywały obraz z kamer ze strony przeciwnej, pokazując to, co powinno się zobaczyć gdyby samochodu tam nie było. Nie wzięli pod uwagę, że w takim układzie każdy fragment samochodu musiałby pokazywać obraz drugiej strony pod każdym kątem. Czyli jeżeli patrzę prosto na lewe przednie drzwi, powinienem widzieć co jest za prawymi przednimi drzwiami, ale jeżeli patrzę na lewe przednie drzwi pod kątem czterdziestu-pięciu stopni, powinienem zobaczyć co jest za mniej więcej prawymi tylnymi drzwiami.

Łapiecie? Jeżeli patrzę na te same drzwi trochę od tyłu samochodu, powinienem zobaczyć obraz za przednim prawym błotnikiem. Oczywiście teoretycznie można stworzyć wyświetlacze które dla tego samego punktu pod różnymi kątami wyświetlają różny obraz, ale to już znacznie trudniejsze.

Czy zabrzmi to ironicznie jeżeli napiszę, że czuję się już trochę lepiej?

środa, stycznia 14, 2004

Boli mnie gardło i leżę cały dzień w łóżku. Nikt mnie pewnie nie odwiedzi.

Według chińskiego kalendarza niedługo rozpocznie się rok małpy. Mam nadzieję, że nie oznacza to, że Bush wygra wybory. Moim ulubionym kandydatem jest Wesley Clark, ale szanse na zwycięstwo ma niewielkie. Demokraci, jak słyszałem, mają niewielkie szanse na wygraną, ale wciąż liczę na rozsądek tej połowy amerykańskiego elektoratu która zwykle nie głosuje.

Myślicie, że Kwaśniewska zdobędzie prezydenturę w Polsce jeżeli wystartuje? Podoba mi się sam pomysł kobiety-prezydenta, że niby tacy nowocześni jesteśmy i równouprawnieni. Mogłoby to zrobić dobre wrażenie na świecie, ale i tak przejdzie prawie niezauważone. Niestety nie mogę narazie kandydować, nie mam jeszcze trzydziestu-pięciu lat, wieku minimalnego dla prezydenta. Gdyby zamiast minimalnego wieku wymagać zaczęto minimalnego rozmiaru ptaka, może politycy przestaliby kompensować sobie niedostatki w spodniach zakupami coraz to potężniejszych rakiet i czołgów.

Obejrzałem program o modelce, Claudii Schiffer. Powiedziała, że jej facet powinien mieć poczucie humoru, inteligencję, powinien lubić dzielić się swoją wiedzą i nie brać siebie zbyt serio. Biorąc pod uwagę, że jej facetem jest David Coperfield, niewypowiedzianym warunkiem może być umiejętność "znikania" dużych przedmiotów w mniejszych. Dam głowę, że kryje się w tym dowcip o seksualnej naturze, ale nie mogę go znaleźć.

A życie toczy się dalej. Lem pisze, że ludzkość wpadła w pułapkę rozwoju technologicznego i że nie wyobraża sobie przyszłości dla rasy ludzkiej, ale nie rozumie on chyba socjologicznego aspektu rozwoju cywilizacji. Władamy coraz potężniejszymi broniami, a te najgroźniejsze nie weszły jeszcze nawet w fazę badań. Ja jednak wierzę w ewolucję społeczną. Wierzę w uspokajający potencjał globalizacji. Wierzę, że gdy dzieciak z Izraela będzie miał przyjaciół w Palestynie, nie zgodzi się ich zabijać.

poniedziałek, stycznia 12, 2004

Za dużo osób które znam czyta bloga, więc muszę podjąć kroki. Poprzednio pisałem po angielsku, teraz będę pisał bez dowcipów i puent. Jestem pewien, że to nie zadziała, staram się tylko obniżyć wasze oczekiwania.

Chciałbym żyć w kulturze w której szczerość byłaby na porządku dziennym. Gdzie mógłbym być szczery nie obawiając się śmieszności, odrzucenia i przemocy. Może żyję w takiej kulturze? Może to nie problem szczerości, tylko tego o czym myślę? Czasami czuję się jakbym siedział na drabinie ewolucyjnej i dłubiąc w nosie czekał aż ludzie mnie w końcu dogoni. I boję się, że przeglądając się w lustrze nie zauważyłem jak mnie mijają.

Dzisiaj znów użalam się nad sobą. Cały dzień siedziałem w domu, więc odzywa się tymczasowa samotność, niedostatek kontaktów z grupą rówieśniczą. Rozmowa mnie elektryzuje. Podobno lubi się robić rzeczy w których jest się dobrym. Lubię spokojne rozmowy z których wynikają wnioski. Nie lubię opowiadania co się komu przydarzyło, chyba że jest to znaczące. Czyli książki, bardziej niż historie rodzinne. Nic nie wynika z tego, że komuś urodziło się dziecko i z tego ile ważyło, chyba że jest to tylko przykład lub kontrprzykład w dyskusji o czymś większym.

Chociaż pewnie to, że komuś urodziło się dziecko jest wielkie. Może jest większe niż wszystko inne? Nie potrafię jednak zobaczyć niczego magicznego w kolejnym przyszłym kibicu piłkarskim, fanie muzyki rozrywkowej i statystycznym oglądaczu telewizji. Wasze dzieci nie są dla mnie wyjątkowe, chyba że mają jakieś ciekawe dodatkowe części ciała.

Dlaczego niektórzy mogą godzinami siedzieć i opowiadać sobie o zupełnie przeciętnych rzeczach przeżywanych przez przeciętnych ludzi? Może chodzi o bliskość, o to że są oni dla nich ważni. To jak zainteresowanie nowym chłopakiem Julii Roberts, czy tym, że Justin zerwał z Britney. Jeżeli są to ludzie dla kogoś ważni, to nawet najdrobniejsze szczegóły ich życia są istotne. Ooo, jak ładnie mu się odbiło. I potrafi już powiedzieć 'mama' i 'dada'? Musi być naprawdę inteligentne. Cudowne, wyjątkowe. Nie ma znaczenia że to samo potrafi większość mieszkańców tej planetki. Może nie potrafi rozwiązać problemu głodu w Afryce, ani nie stworzyło lekarstwa na raka, ale próbuje już chodzić. Super.

Chyba niewielu ludzi jest dla mnie ważnych. Bardzo powoli się zaprzyjaźniam, chociaż nie mam nic przeciwko rozmowom z nieznajomymi.

Nie opowiadam historii, bo ich nie pamiętam, imion, miejsc i dat. Zadziwiające jak trudno mi jest kłamać biorąc pod uwagę, że kłamię odruchowo. Żeby powiedzieć coś prawdziwego, muszę się zastanowić. To znaczy nie kłamię wprost, w oczywistych kwestiach, ale nie mówię tego co naprawdę myślę. Mama powiedziała mi, że to normalne, że wielu ludzi tak ma. Więc jestem nie wyjątkowo, lecz przeciętnie kiepski.

Byłem wczoraj w Klubowej, byłem w Spatifie, byłem nawet na chwilę w Mandarynce żeby spotkać pewną miłą nastolatkę, ale jej tam nie znalazłem. W Spatifie masa ludzi i dudniące 'Keine Granzen' Ich Troje. Mandarynka właściwie to samo. Klubowa tylko trochę lepiej, bo i miejsca było więcej i bez kakofonicznego bezguścia. Co nie znaczy, że leciała tam jakaś szczególnie dobra muzyka, ale lepiej niż wszędzie indziej. Em wróciła do Spatifu, z kimś się tam umówiła. Zjawili się Niu z Milo i impreza potoczyła się jak zwykle, wliczając grę w lotki na zakończenie. Całkiem miły sposób na spędzenie wieczoru.

Potem podrzucili mnie do domu. Wracałem z Gosią, milutkim elementem personelu Klubowej na siedzeniu obok i oczywiście zachowywałem się jak zwykle w takich sytuacjach. Starałem się być zabawny. Nienawidzę siebie gdy próbuję być zabawny. Chcę być bardziej jak James Bond, a mniej jak Jaś Fasola. Albo chociaż bardziej jak Bill Hicks. Jeżeli coś się nie zmieni w moim życiu, niedługo zacznę przytulać obcych ludzi na ulicy.

Świadomość, że za jakiś czas będę uważał to co teraz robię, co mówię i o czym myślę za żenujące i dziecinne jest bardzo frustrująca. Świadomość, że może tak nie być jest dołująca.

Doskonale wiem, że za dużo myślę o sobie. Z drugiej strony zastanów się, o kim ty teraz myślisz.

czwartek, stycznia 08, 2004

Uważam, że nadszedł czas rozpocząć stopniową automatyzację procesu wystawiania faktur VAT przez firmy. Jeżeli kiedykolwiek chcemy uprościć system podatkowy, co osiągnąć można między innymi przez przejście firm system z jednym tylko powszechnym podatkiem, powinniśmy postarać się sprawić by obsługa tego systemu wymagała jak najmniej pracy. Należy moim zdaniem stworzyć system podobny do obsługi ubezpieczeń społecznych przez program Płatnik, choć może bez tak skrzypiącej, niedopracowanej implementacji.

System ten polegałby dla firm, z początku zapewne tych większych, na stopniowej rezygnacji z wystawiania papierowych faktur na rzecz wysyłki elektronicznej do centralnej bazy danych Urzędu Skarbowego. W okresie przejściowym, zapewne wieloletnim, adresat faktury mógłby wybrać pomiędzy dotychczasową, papierową formą faktury, a zapisem operacji w bazie danych przez wystawiającego. Identyfikacja podatnika dla którego wystawianoby fakturę mogłaby polegać na przykład na przeciągnięciu karty magnetycznej z numerem NIP przez odpowiedni czytnik w kasie.

Z danych zebranych w centralnej bazie robiono by co miesiąc -- lub na żądanie podatnika -- automatyczny wyciąg i "billing" VATu zapłaconego i ściągniętego wystawionymi fakturami, który w połączeniu ze standardowymi fakturami stanowiłby podstawę do obliczenia należnego podatku, tak jak teraz będącego różnicą między sprzedażą a zakupem.

Przy okazji wysyłania danych, np. raz na tydzień, program zainstalowany u podatnika mógłby aktualizować wszelkie stawki, zasady i algorytmy podatkowe, by uwzględniać je automatycznie w działaniu, co byłoby myślę dużą poprawą w stosunku do obecnej sytuacji, w której po każdej niemal zmianie prawnej trzeba zaopatrzyć się i zainstalować uaktualnienie używanego programu.

Powinno powstać finansowane państwowo oprogramowanie wzorcowe, dostępne bez opłaty każdemu podatnikowi, oraz specyfikacja sposobu przesyłania danych do centrali, tak by każdy producent oprogramowania księgowego mógł dodać odpowiednią funkcjonalność do swoich produktów. Dla zaoszczędzenia pieniędzy na rozwijaniu takiego systemu i zwiększenia transparentności procesu, kod źródłowy takiego programu powinien być dostępny dla każdego kto sobie tego życzy. Powinno się też umożliwić i wspierać powstanie społeczności programistów zainteresowanych rozwijaniem takiego środowiska na zasadzie modułowej, by stopniowo stworzyć darmowy i wszechstronny system prowadzenia firmy dla polskich przedsiębiorców -- głównie tych mniejszych, ale to oni tworzą większość rynku pracy i dają mu stabilność.

Należałoby też stworzyć specyfikację podstawowego zestawu komputerowego do wystawiania takich faktur (zarówno elektronicznych, jak i papierowych) i udostępnić ją producentom sprzętu komputerowego. Finansowana przez państwo grupa specjalistów mogłaby wydawać nieobowiązkowe certyfikaty zgodności z systemem podatkowym i bazą danych. System taki, podłączony do drukarki i łącza telefonicznego, zaopatrzony w odpowiednie moduły (wystawianie faktur, podstawowa księgowość, gospodarka magazynowa) powinien wystarczyć wielu małym firmom do samodzielnego prowadzenia księgowości.

Każda firma mogła by zdecydować w jakim stopniu zamierza używać systemu samodzielnie, resztę pozostawiając do załatwienia księgowym i prawnikom. Jednak dzięki standaryzacji procesów i sposobu zapisywania danych łatwiej byłoby stworzyć system zajmujący jak najmniej uwagi przedsiębiorcy. Księgowość jest złem koniecznym biznesu i należy się starać by było jej jak najmniej.

Im więcej firm korzystać będzie z eVAT-u (i z radością przyjmę tantiemy jeżeli nazwa się przyjmie), tym bardziej opłacać się będzie z niego korzystać kolejnym podatnikom. Jeżeli koszt zakupu zestawu komputerowego radzącego sobie z obsługą tego systemu będzie zwracał się w odpowiednio krótkim czasie (a czas ten będzie się skracał wraz ze spadkiem cen zestawów wynikającym ze wzrostu liczby użytkowników), przedsiębiorcom coraz łatwiej będzie się na niego zdecydować.

I jeżeli system ten ma zadziałać jeszcze w tym milenium, w żadnym wypadku nie powinien się do tego mieszać Prokom.
Zajęło mi dość dużo czasu zrozumienie, że jeżeli czegoś nie pojmuję to nie znaczy, że jestem głupi. Głupi to ktoś kto nie jest w stanie zrozumieć, co zwykle nie jest moim problemem. Inteligentny jest ten kto może zrozumieć jeżeli dobrze się mu coś wytłumaczy. Mądry to ten kto już zrozumiał.

Zwykle nie można oczekiwać od ludzi że będą mądrzy. Mądrość nie może być czymś wrodzonym, jest to rzecz nabyta i można jej wymagać jedynie od tych którym się za nią płaci. Jeżeli w umowie zobowiążę się być mądrym w określonej dziedzinie, powinienem się z tej umowy wywiązać. W stosunkach międzyludzkich mądrość jest raczej miłym dodatkiem do inteligencji, niż absolutnym warunkiem dobrego współżycia. Co więcej, Warunkiem dobrego współżycia może być pewien brak mądrości z obu stron, jeżeli tylko by móc prowadzić ze sobą ciekawe dyskusje.

Piszę o tym, bo zdałem sobie sprawę, że nie powinienem poddawać się zaklętemu trójkątowi nieprzemyślanej logiki: jestem inteligentny, więc powinienem to rozumieć, więc gdy nie rozumiem nie powinienem tego okazać bo ludzie mogą pomyśleć, że jestem głupi. Po pierwsze, jeżeli jestem inteligentny to powinienem móc to zrozumieć, gdy poznam wszystkie niezbędne zrozumieniu informacje, po drugie zaś ludzie pomyślą że jestem głupi właśnie wtedy kiedy nie spytam o to czego nie rozumiem, bo mogą wtedy uznać, że nie próbuję zrozumieć bo nie jestem w stanie.

Do tego nawet najbardziej inteligentny człowiek na świecie nie jest w stanie zrozumieć wszystkiego z łatwością. Sprawy trudne do zrozumienia powinny właśnie wymagać przemyślenia i dopytania o niewyraźne szczegóły. A niewiele z rzeczy łatwych do zrozumienia jest wartych zachodu.

Dlatego od dzisiaj postanawiam pytać jeżeli nie rozumiem, ale pytać dlatego, że chcę zrozumieć, nie dlatego, że chcę komuś coś udowodnić. Nie mam nikomu niczego do udowodnienia. Jeżeli chcę być rozumiany, powinienem tłumaczyć a nie udowadniać.

I chyba wiem co masz na myśli, Em, odnośnie tego jak traktuję dyskusje. Że też nigdy mi tego nie wytłumaczyłaś ;)

wtorek, stycznia 06, 2004

Boję się.

Boję się bo nie wiem co zrobić. Nie wiem co zrobić z życiem, jak sobie poradzić. Czy sobie poradzę? Nie wiem czym powinienem się zająć. Nie mam żadnych szczególnych zdolności. Nie mam umiejętności które mógłbym łatwo sprzedać. Nie potrafię robić niczego użytecznego.

No dobrze, znam się trochę na komputerach, znam angielski i potrafię sklecić zdanie bez potykania się o składnię i przecinki. Chociaż z przecinkami mam zawsze kłopot. Ale to samo potrafi bardzo wielu ludzi.

Czym się wyróżniam? Co czyni mnie osobą?

Boję się że do końca życia będę sam. Nie sam w sensie braku przyjaciół. To ogromne szczęście mieć przyjaciół i ja mam to szczęście. Ale boję się tego rodzaju samotności którego doświadczają chyba wszyscy, samotności smutku. Samotności lęku.

Przyjaciół, a tym bardziej partnerów mają ludzie szczerzy. Kłamstwa i nieszczerość niszczą związki. Czy jestem szczery? Co to znaczy być szczerym?

Czy powinienem mówić to co myślę, czy powinienem brać pod uwagę co inni chcą usłyszeć? Obrażam uczucia innych mówiąc prawdę. Chociaż bardziej obrażam ich uczucia kłamiąc, przyjmując pozę która wydaje mi się bardziej prawdziwa niż ja. Mam pozę.

Powinienem być bardziej spokojny, wyważony. Powinienem być inny niż jestem. Nie chcę być inny niż jestem, chociaż chcę być lepszy.

Chcę być przystojny. Ale czy to uczyni mnie szczęśliwym? Czy prawdziwym lekarstwem na kompleksy jest nie przejmować się zbytnio wyglądem, czy zmienić swój wygląd tak by zniknęły powody do kompleksów? Czy znajdę wtedy nowe powody?

Nie potrafię zainteresować się jedną dziewczyną. Dziewczyny które spotykam nie pasują do mojego ideału, a może nie są idealne. Nie wiem czy bezskutecznie szukam idealnej dziewczyny, czy może już ją spotkałem i tylko nie zrozumiałem, że to ona. Czy może moja idealna dziewczyna nie istnieje? Podobno znajduje się kogoś gdy przestaje się szukać, ale to również może oznaczać rezygnację i poddanie się. A może wogóle podchodzę do tego od złej strony?

Gdy interesuje mnie jakaś dziewczyna nie potrafię jej zdobyć bo zmieniam swoje zachowanie na nienaturalne. Tylko że dla mnie naturalna jest właśnie ta nienaturalność, to coś co robię odruchowo.

Kocham życie. Czasami. Potrafię się cieszyć małymi rzeczami i lubię sprawiać przyjemność innym. Lubię robić prezenty, chociaż ciężko jest zrobić dobry prezent. Bardzo dobry prezent powinien ukazać obdarowanemu nową stronę jego samego, coś czego się w sobie nie spodziewał znaleźć, lub co lekceważył do tej pory. Znów: chyba.

Gdy interesuje mnie jakaś dziewczyna powinienem zagrać zgodnie z regułami gry która mi się nie podoba. Jednocześnie nie powinienem tego grać, powinienem być w pełni naturalny. Gdy znam ją długo mogę lepiej ją zrozumieć i sprawić jej radość, ale ona już wtedy nie traktuje mnie jak faceta, lecz raczej jak kogoś z rodziny. Gdy znam ją krótko nie rozumiem czego pragnie i nie wiem jak ją zainteresować. Czy powinienem wogóle próbować? Zwykle to przegrana sprawa, bo jak już mówiłem zmieniam wtedy swoje zachowanie, etc.

Wiem, za dużo o tym myślę, za bardzo staram się to zanalizować. Ale jak mogę być naturalny nie analizując wszystkiego, nie rozkładając na drobne części?

Nie wiem i boję się. Boję się samotności i braku fizycznej bliskości. Nie w sensie seksu, chociaż jest on przyjemny i ciekawy, ale w sensie dotyku. Dotyk jest niedoceniany jako zmysł, ograniczamy jego użycie do naprawdę najbliższych osób. Nie wiem czy wszyscy to tak odbierają. Może to tylko ja tak myślę i reaguję w niewłaściwy sposób. Jaki jest właściwy sposób?

Jak mogę być szczery nie będąc śmiesznym? Jak mogę być sobą nie będąc szczerym? Może poprostu jestem śmieszny, mały i zupełnie niedojrzały.

Jestem dość dojrzały intelektualnie, chociaż zadufany w sobie i traktuję ludzi poniżająco. Tak mi mówiono. Zawsze twierdzę, że nie, ale może to prawda? Wydaje mi się, że rozumiem wielu ludzi lepiej niż oni sami potrafią się zrozumieć, ale przecież nie wiem tego napewno. Co więcej, uważam że ludzie są na tyle skomplikowani, krzyżuje się w nich tyle różnych uczuć, że nie można ich dobrze zrozumieć nie znając ich bardzo blisko i bardzo długo.

Może ludzie widzą tą moją butę i pewność siebie, tą arogancką pychę z jaką traktuję inteligencję. Każdy ma jakieś zalety: urodę, inteligencję, poczucie humoru, sexappeal, zręczność manualną, dobry gust, kreatywność, energię życiową i inne. Gdy o tym nie myślę, wydaje mi się że jestem bardzo inteligentny. Ale nie jestem, nie w najczystszej, matematyczno-logicznej postaci. Jestem bufonem. Ale nie jestem złym człowiekiem.

Albo okazuję ludziom lekceważenie i chłód, albo przesadzam z okazywaniem zachwytu. Jedno wynika z niedoborów emocjonalnych, drugie z żałosnej próby sprawienia żeby wszyscy mnie lubili. Wszyscy muszą mnię lubić bo oceniam siebie po tym co myślą o mnie inni. Co myślę że myślą o mnie inni. Tak myślę.

Przecież nie piszę tego tylko dla siebie. Piszę to bo mam nadzieję, że uznacie że jestem skomplikowany wewnętrznie i wyjątkowy. Albo bo chcę tym z was którzy są w jakiś sposób podobni do mnie, że jestem do was podobny. Że nie jesteście sami. Bo ja nie chcę być sam.

Ale to bezcelowe bo osoby nikt nie lubi żałosnych ponuraków. No, nie jestem ponurakiem, ale tak to można odebrać. Gdy jestem szczęśliwy nie mam o czym pisać. Nie, to nieprawda.

Lepiej już skończę. Ale nie jestem nieszczęśliwy, jestem poprostu zagubiony. Nie mam celu, mam tylko kierunek. Kierunkiem jest rozwój osobowości, swego rodzaju auto-kult osobowości. Jak w piosence Moloko szukam kogoś kto sprawi że mój umysł eksploduje. Ale to przecież czekanie na rycerza w srebrnej zbroi które tak wyśmiewam u kobiet.

Kobiety nie czekają na rycerza w srebrnej zbroi, nie są też nienormalne i niezrozumiałe. Nie starają się zrobić sobie krzywdy wyszukując złych facetów. One poprostu chcą kogoś, kto chociaż chwilami będzie wspaniały, nie kogoś, kto całe życie będzie przeciętnie fajny. Chcą kogoś kto będzie miał jakąś cudowną cechę, nie tylko masę dziwnych wyróżnień. Kogoś z kim będą miały szansę być całe życie. I dla kogoś takiego mogą ścierpieć tą masę upokorzeń, problemów, czasem nawet przemocy.

Chcą kogoś dojrzałego. W pewnym sensie, bo nikt nie jest w pełni dojrzały. Może niektórzy staruszkowie.

Każdemu wydaje się że jest wyjątkowy. Wydaje mi się że jestem wyjątkowy. Ale nie jestem wyjątkowy, tylko dziwny. I nie powinienem tego traktować jak czegoś dobrego. Bycie dziwnym jest odstraszające.

Już was pewnie zanudziłem, a taki komentarz oznacza że nie jestem pewny siebie. Teraz już naprawdę piszę tylko dla siebie, bo nikt nie czyta.

Pokazuje nam się wzorce których mamy się trzymać. Gwiazda do której lgną tysiące fanek. Bogacz który może kupić swoim kochankom co tylko zapragnie. Władca który decyduje o losach milionów. Oczywiście, że chcę być taki jak oni, ale jednocześnie wiem, że to nie daje szczęścia. To nie daje nic szczególnego oprócz określonego trybu życia.

Jak każdy szukam kogoś kto powie mi co mam robić. Wyobrażam sobie że istnieje ktoś kto uczyni mnie całością, że kiedy będę z kimś idealnym, stanę się lepszy. I wiem że muszę być całością, muszę być lepszy, żeby znaleźć kogoś takiego. I wiem że to bzdura i że podchodzę do problemu od niewłaściwej strony. I że to wogóle nie jest problem, tylko normalna rzecz. I że to całe myślenie jest utopijne i szkodliwe.

Muszę przestać przejmować się tak bardzo sobą, bo bycie z kimś jest dla tej osoby, nie dla siebie. Żeby być dobrym partnerem trzeba dawać właśnie nie oczekując niczego wzamian. Dawać dla samej przyjemności dawania, dla uśmiechu na czyjejś twarzy.

Proszę, wygadałem się i jest mi lepiej. Ale mam nadzieję, że wam też jest lepiej. Lubię was. Nudzę was.

piątek, stycznia 02, 2004

Wiele, pewnie wiekszość problemów seksualnych w związkach hetero powodowanych jest moim zdaniem przez kobiety. Z góry mówię że znam osobiście przynajmniej jedną kobietę która takich problemów wydaje się nie sprawiać (i paru facetów którzy pewnie sprawiają), więc nie mówię że to zasada uniwersalna. I pamiętaj, że to o czym pisze to nie żądania, lecz porady jak sprawić żeby mężczyzna którego kochasz był z tobą szczęśliwszy.

Są związki w których to mężczyzna zawsze (lub prawie zawsze) prowokuje kontakt. Może to wynikać z zahamowań seksualnych u kobiety którą nauczono że seks jest czymś brzydkim, brudnym lub złym, czymś co jest własnie domeną tych nieokrzesanych prostaków, mężczyzn. Może to wynikać z niskiej seksualności kobiety, z tego że uważa ona seks bardziej za obowiązek, niż przyjemność jaką z partnerem mogą sobie wzajemnie dać.

Jeżeli to mężczyzna prowokuje kontakt, to po pierwsze kobieta traci kontrolę nad tym kiedy i gdzie uprawiają z partnerem seks, a po drugie rodzi to konflikt. Przeciętny dwudziestoparolatek pragnie uprawiać seks przynajmniej kilka razy w tygodniu (dla mnie na przykład jest to minimum raz dziennie). Jeżeli nie dostaje zgody na tyle ile potrzebuje, będzie miał — i słusznie — pretensje do partnerki. Może o tym nie mówić, ale jeżeli kobieta mówi mi że mnie kocha, a nie chce dać mi czegoś co jest dla mnie bardzo przyjemne, a co kosztuje ją najwyżej kilka minut niezbyt wytężonej pracy fizycznej, to o czym to świadczy? Zwykle do szczęścia facetowi nie jest nawet potrzebny pełny stosunek, wystarczy żeby mu szybko zrobić dobrze i po kłopocie.

Jeżeli mężczyzna jest niezaspokojony seksualnie, to albo będzie żył z zadrą w sercu, albo znajdzie inną partnerkę. To nie wynika z tego że faceci to świnie, ale z tego jacy są ludzie. Kobiety są, pod może innymi względami, dokładnie takie same. To że w czasie stosunku bez jego wiedzy fantazjujesz o kimś innym niż partner nie jest w porządku. To też forma zdrady, jakkolwiek niewinne może się to wydawać. Dlaczego to robisz? Co jest nie w porzadku z twoim mężczyzną? Jak możesz mu powiedzieć że go kochasz gdy wolałabyś być w łóżku z kimś innym? Seks jest dla mężczyzn bardzo ważny.

Kolejny problem — rutyna. Wiele kobiet nie uważa seksu za coś co się robi w chwili wolnego czasu. Chcą kolacji przy świecach, romantycznej muzyki i tego typu pierdół które dla faceta są stratą czasu. Oczywiście fajnie jest zjeść we dwójkę dobry posiłek w kameralnej atmosferze, ale w żadym wypadku nie jest to mężczyźnie niezbędne do erekcji. Chcemy uprawiać seks gdy mamy na to ochotę, a nie planować go z tygodniowym wyprzedzeniem. Co więcej, gdy seks ustalony jest wcześniej i nie daj boże regularny, staje się obowiązkiem. Obowiązki mogą być przyjemne, ale nigdy nie będą cudowne ani niezwykłe.

Jeżeli w danej chwili tylko on ma ochotę na seks, to daj mu to na co ma ochotę. Oczywiście, nie jest to takie romantyczne jak podlewane szampanem delikatne pieszczoty w nocy pod gwiazdami, ale jemu nie o to chodzi.

Jeżeli masz w łóżku ochotę na coś czego partner ci nie zapewnia, powiedz mu o tym. Żeby móc to zrobić musisz rozumieć swoje ciało i wiedzieć czego ci naprawdę potrzeba. Czy wiecie że bardzo wiele kobiet nigdy w życiu nie doprowadziło samej siebie do orgazmu? Dla większości facetów to nie do pojęcia. Jak można mieć między nogami coś tak cudownego i nie bawić się tym non-stop? Chyba nie wiecie na jakim skarbie siedzicie moje panie.

A jeżeli kobieta nie wie jak doprowadzić siebie samą do orgazmu, to jakim cudem ma to wiedzieć jej kochanek? Jakich magicznych metod ma użyć? Pomijając bardzo rzadkie przypadki problemów fizjologicznych, nie jest to normalne żeby kobieta nie osiągała z partnerem orgazmu. Przyjemność przyjemnością, ale w seksie chodzi właśnie o orgazm i jeżeli go nie masz to nie docenisz seksu.

Jeżeli ludzie bardzo się kochają to seks jest zawsze świetny. Co za bzdura. Seks jest świetny jeżeli na wiele różnych sposobów pieści się ciało partnera tak by osiągnął on jak największą przyjemność. Miłość ma tu tylko tyle do rzeczy, że gdy raz nauczy się kogoś że seks jest brudny i zły będzie on (czy raczej ona) w stanie osiągnąć przyjemność tylko z kimś komu może zaufać w najwyższym stopniu. Zapamiętajcie raz na zawsze: seks nie jest brudny ani zły; jest za to bardzo przyjemny i całkowicie normalny. Wszyscy go uprawiają jeżeli tylko mogą.

Jeżeli ktoś uważa że kobieta która lubi seks to dziwka, to jest tak dlatego, że jest on idiotą. Jeżeli uważa tak facet to najpewniej dlatego że ma kompleksy, czy to nie wie jak robić dobrze kobietom, czy to ma małego ptaka, czy może jest dziewicą (uważam że "prawiczek" niesie ze sobą negatywne znaczenie, a oznacza dokładnie to samo i nie ma sensu używać osobnego słowa) i boi się że się nie sprawdzi. Jeżeli uważa tak kobieta to przypuszczalnie dlatego że nie rozumie jak cudowny jest seks, na przykład dlatego że nie miewa orgazmów. Zazdrość i strach.

Seks nie jest romantyczny, jest śmieszny. Jeżeli nie wiesz o co mi chodzi, obejrzyj parę filmów porno nagrywanych przez amatorów, świetne lekarstwo na kompleksy. A jeżeli już o tym mówimy, filmy porno są świetne jeżeli chcecie nauczyć się czegoś nowego o seksie. O ile się nie mylę można je dostać w praktycznie każdej osiedlowej wypożyczalni video.

No i przede wszystkim seks to wspaniała zabawa. Jeżeli jest to seks bez zahamowań, bez oceniania partnera i bez strachu przed odrzuceniem to bardzo zbliża ludzi do siebie. Uśmiechnijcie się do siebie, bądźcie sobą, bądźcie naturalni. Dobrego seksu nie zastąpi gotowanie, prasowanie czy sprzątanie.

Pójdź ze mną do łóżka, a powiem ci kim jesteś. Lubi dawać, lubi brać; ma poczucie humoru albo jest jak na pogrzebie; wstydzi się swojego ciała albo jest z niego dumny; musi wygrać, albo chce się poprostu dobrze bawić. Wszystko jak na dłoni.

A bardziej praktyczne rady dla kobiet? Wielu facetów bardzo lubi seks oralny, czasem bardziej niż sam stosunek. W kontekście seksualnym, dla mężczyzny głowa ptaka jest dokładnie tym samym co dla kobiety łechtaczka. Czy twoja łechtaczka jest obrzydliwa? Zakładając oczywiście zachowanie zasad higieny (a prysznic z przyjemnością można wziąć razem) zrobienie laski nie jest równie szkodliwe co włożenie komuś języka do ust. Z zupełnymi obcymi lepiej pewnie tego nie robić, ale z partnerem nie powinno to stanowić problemu.

Bądź otwarta seksualnie, nie wstydź się i nie mów że "o tym się nie mówi". Myślisz że twoi znajomi nie uprawiają seksu? Koleżanki i koledzy z pracy, twój szef, sprzedawczyni w sklepie, prezenterka "Wiadomości", aktorzy w operach mydlanych, przedstawiciel wielkiego koncernu, prezydent, premier, posłowie, królowa angielska, prezydent Stanów Zjednoczonych i, boże uchowaj, Skaldowie? Lepper, choć mam nadzieje że wbrew temu co głosi używa bardzo skutecznej antykoncepcji? Nawet twoi rodzice, jeżeli już przestałaś wierzyć w bachorosprawczą funkcję bocianów. Nawet ciocia Zosia z wujem Mietkiem, jakkolwiek może się to wydawać równie łatwe co ustawić na sobie dwie kule bilardowe. Wszyscy, od tysięcy lat, w każdej kulturze i o każdym kolorze skóry.

Nie odmawiaj czegoś zanim spróbujesz. Seks oralny, analny, egzotyczne pozycje i techniki, kajdanki, zabawki, przebieranki nie muszą ci się wcale spodobać, ale nie są też trwale szkodliwe. Spróbujcie we dwoje i oceńcie czy to dla was. Nie bój się powiedzieć partnerowi że coś cię nie podnieca. Powiedz mu prawdę, ale najpierw spróbuj. Wszystkiego czego można należy spróbować w życiu przynajmniej raz.

Zaczepiaj w seksualny sposób swojego partnera, daj mu znać że cię podnieca i że go pragniesz. Miej inicjatywę, w naturalny sposób i bez wymuszonej sztuczności. Wiele kobiet boi się stripteasu bo uważa że powinny robić go w jakiś określony sposób, zamiast poprostu skupić się na swoim partnerze i na tym co go podnieca. Jeżeli lubi twoje piersi to spodoba mu się że się nimi bawisz. Ogólnie faceci lubią gdy kobieta jest na tyle seksualna że bawi się swoim ciałem. Dla nas to naprawdę zupełnie normalne, myślicie że co robimy tyle czasu pod prysznicem? A gdy przyuważysz swojego partnera gdy zdradza cię z własną ręką to albo patrz i korzystaj z najlepszej lekcji seksu jaką możesz sobie wymarzyć, albo przyłącz się i zrób to lepiej niż on.

A wśród znajomych i rodziny porozmawiajmy proszę o seksie, ale nie z zażenowaniem i uśmieszkami które mają znaczyć że wszyscy wiemy o co chodzi. Porozmawiajmy o tym jak o gotowaniu czy sporcie. Porozmawiajmy w końcu, bo mamy ładnych pare tysięcy lat opóźnienia.

Bawcie się dobrze. I wszystkiego najlepszego w nowym roku :)