Czy to jest tak, że zachowywać się naturalnie w obliczu czegoś -- szpiegów wrogiego kraju, czy pięknej kobiety -- to znaczy udawać, że się tego nie zauważyło, że nie zauważyło się ewidentnej wyjątkowości? Czyli traktować piękną kobietę jakby była przeciętna, a wrogich szpiegów jakby byli tylko przechodniami? No dobrze, można się chyba domyślić, że nie jak mam się zachowywać względem wrogich szpiegów interesuje mnie znacznie mniej, niż gdy chodzi o piękne kobiety.
Ale takie zachowanie nie jest przecież prawdziwie naturalne, nie? Wynika ono z przemyślenia, jest grą, bardziej niż mną samym. Jeżeli jestem świadom wyjątkowości, to "naturalne" zachowanie jest nienaturalne, stanowi pozę przyjętą by "przeciwnik" nie zdawał sobie sprawy z naszego stosunku do niego. Co wydaje się bezdennie głupie, ale chyba działa: modelki mają problem z facetami, bo większość z nich traktuje je w nieprzyjemnie wyjątkowy sposób, nie jak normalne kobiety.
Nie chodzi mi nawet o to, jak ja mam się w takich sytuacjach zachowywać, bo tak się składa, że jestem piękny, cudowny i wszystkie kobiety mnie kochają -- lub dlatego, że próbując przyjąć pozę zwykle niezwykle szybko wychodzę na idiotę i myślę głównie o tym, czy ktoś to już zauważył. Ale czy to znaczy, że by adorować kobiety dla nas piękne musimy zarzucić szczerość?
Z drugiej strony szczerość może być dość szerokim pojęciem dla właścicielki pokaźnego asortymentu środków do kamuflażu -- ehm, makijażu.
Ale tak serio wydaje mi się, że przesadzam. Mimo różnic między płciami, kobiety pod bardzo wieloma względami, tymi najbardziej fundamentalnymi, są takie jak mężczyźni. Pragną być kochane, pragną być bezpieczne. Chcą być doceniane i podziwiane. Lubią dostawać prezenty i dawać je gdy obdarowany potrafi je docenić.
Jako, że dzisiejszy wpis nie miał większego sensu i wynikał tylko z tego, że przez cały dzień odpowiadała mi na telefony poczta głosowa, jeden z tekstów które właśnie piszę (za pieniądze, fajne uczucie) do multimedialnego sprawozdania z wycieczki grupy bankowców do Meksyku. Musiałem napisać później inną wersję, bo bankowcy podobno nie mają poczucia humoru.
Burritos
Wielu ludzi boi się meksykańskiego jedzenia. Może to dlatego, że jako dzieci oglądali kreskówkę o Speedim Gonzalesie, superszybkiej małej myszce, której zdarzało się czasem wyciągnąć butelkę Ostrego Sosu z niewidzialnej magicznej tylnej kieszeni spodni i polać nim jedzenie które Yosemite Sam miał właśnie zacząć jeść, po czym ten zaczynał biegać z gębą pełną płomieni, póki nie ugasił ich w najbliższym poidle dla koni.
Kuchnia meksykańska jest pod tym względem podobna do hinduskiej - nie jest przeznaczona dla ludzi słabych duchem. Dla tej jednak garstki wybrańców którzy bez zmrużenia oka i bez popijania pochłaniają najostrzejsze nawet chilli, kuchnia Meksyku stać się może ulubionym, z braku lepszego słowa, jedzeniem.
Według słownika, burrito to 'mączna tortilla w którą zawinięte jest nadzienie z wołowiny, fasoli i sera'. Definicja tak trafna, jak 'klawiszowy instrument muzyczny poddany działaniu grawitacji' określa spadający ci na głowę fortepian.
Najniższą formą burrito są produkty sieci Taco Bell, odmiany McDonalda o zabarwieniu meksykańskim. Nie można im nic zarzucić w tym samym sensie, co nie można nic zarzucić dobrze oheblowanej desce. Prosta w obsłudze i łatwa w transporcie, spełnia dokładnie swoje zadanie, ale symfonii zagrać się na niej nie da. Odpowiednie dla tych, dla których McDonalds to 'restauracja o rodzinnej atmosferze', a hipermarket to 'miłe miejsce żeby spędzić niedzielne przedpołudnie'.
Nieco wyżej w hierarchii stoją ekspresowe wersja sprzedawane w supermarketach do podgrzania w kuchence mikrofalowej. Zwykle składają się z białej, gumowatej tortilli owiniętej wokół kawałka mielonej wołowiny wymieszanej z posiekaną fasolą pinto i zlepionej pieprzną czerwoną mazią, która z grubsza przypomina przepalony olej silnikowy. Równie pożywne co mielone pudełko kartonowe i równie zdrowe jak chipsy, są pokarmem dla początkujących koneserów gatunku i potencjalnych samobójców.
Najbliższe ideału burritos można zakupić w trudnych niestety do znalezienia budkach z meksykańskim jedzeniem zwanych 'tacquerias'. Aromatyczne i czasem pełne niespodziewanych dodatków, stanowić mogą podstawę codziennej diety leniwego kawalera. Nie powinny, ale mogą. Burrito powinno być wielkości małej gaśnicy samochodowej i składać się głównie z mięsa do niedawna żywego stworzenia, w miarę możliwości ssaka lądowego.
No i - co chyba oczywiste - powinno być ostre jak maczeta.