Prawa nie powinni tworzyć sami prawnicy, ani tym bardziej grupy interesu---partie chłopskie, robotnicze, czy inne skupiające się na określonym, wąskim problemie---ekolodzy, antykomuniści czy socjałowie. Prawo powinno być jednakowe dla wszystkich, więc nie powinno się tworzyć przepisów wspomagających jedną, określoną gałąź gospodarki czy grupę społeczną. Nie powinno być ono sposobem na wymuszanie przepływu środków od jednej grupy osób do drugiej---a zwróćcie uwagę, że tymi samymi słowami zdefiniować można zwykłą kradzież.
Jednak radykalni anarchiści mylą się gdy twierdzą, że nie powinny istnieć wogóle żadne prawa. Oczywiste jest chyba, że są one doskonalszym sposobem na regulację stosunków społecznych niż religia w obecnej, a nawet swej dawnej postaci---kiedyś spełniała ona więcej z dzisiejszych funkcji prawa, a ludzi którzy łamali jego prawa karano cieleśnie, czasem nawet zabijano, co widać choćby w Biblii, we wszystkim chyba scenie kamieniowania nierządnicy ("niech ten kto jest bez grzechu rzuci pierwszy kamień"). Jednak religia zawsze obciążona jest kosztem rytuału i balastem tradycji, a jej źródła informacji są skromne i niepewne, bo spowiedź stała się nieskuteczna w zdobywaniu zeznań po tym jak przestępcy nauczyli się, że gdy nie powie się księdzu wszystkiego, bóg nie zsyła gromów z nieba w formie pokuty---czyli w moim przypadku po drugiej wizycie w konfesjonale.
Prawa są przydatne i powinny istnieć, jednak sytuacja w której wspomaga się jednych kosztem drugich jest zdrowa do czasu, gdy wszyscy są zgodni co do tego, komu należy pomagać---ofiarom wypadków i przestępstw, niepełnosprawnym. Gdy jednak pomoc rozszerza się na tych którym tylko słabo się wiedzie---ubogich, bezrobotnych, samotne matki, tracących pracę, górników---zaczyna rosnąć opór reszty społeczeństwa, ponieważ coraz bardziej umowna staje się granica między krzywdą bliźniego, a moim własnym życiem. Niewielu ludzi uważa się za naprawdę bogatych, więc pomoc ubogim staje się uciążliwa gdy poziom ich życia nie różni się odczuwalnie od mojego. Coraz więcej kobiet samotnie wychowuje dzieci więc te z nich którym się nie pomaga, z zarobkami powyżej pewnej arbitralnej granicy, nie poczuwają się do obowiązku pomagania tym, które zarabiają niewiele mniej od nich. Szczególnie, że pomoc organizowana przez państwo, ogromną instytucję z przeogromną biurokracją, jest stosunkowo droga---procent każdej wpłaconej złotówki który dociera do potrzebujących jest zwykle mizerny.
Niepewność racjonalności redystrybucji środków budzi głos sprzeciwu w tych którzy płacą, zaś każda próba zaprzestania pomocy uprzywilejowanej grupie również musi wywołać jej, czasem nawet gwałtowny, sprzeciw. Konflikt który wtedy powstaje jest klasowy, dużo groźniejszy niż indywidualna akcja zdesperowanej wąskiej grupy społecznej. Jeżeli górnicy wyjdą na ulice z kilofami by zabijać innych i niszczyć mienie, mamy w Polsce dość policji---a w ostateczności również wojska---by ich powstrzymać. Niezbyt dobrze zorganizowani, słabo uzbrojeni i niewyszkoleni, nie stanowią realnego zagrożenia dla wprawionych w aktywnym stosowaniu przymusu sił policyjnych. Wojna domowa grozi nam jedynie gdy znaczna część społeczeństwa, znacznie większa niż jeden czy dwa procent populacji (czyli mniej powiedzmy pół miliona Polaków) sprzeciwia się działaniu rządu i sił porządkowych. Jednak grupa bez ideologicznego wsparcia większości lokalnej ludności może najwyżej na kilka dni zakłócić prace sporej metropolii i podpalić kilka sklepów czy samochodów. Straty nieporównanie mniejsze niż w czasie niewielkiej nawet prawdziwej rewolucji.
Prawo powinno być równe dla wszystkich, bo wtedy conajwyżej wszyscy bedą na nie wspólnie narzekać, bo dla wszystkich będzie równie uciążliwe. Takie prawo łatwiej jest uczynić skutecznym, gdyż wszyscy obywatele wspólnie cierpią przez jego słabości, oraz jest ono tańsze w egzekucji, bo nie trzeba tworzyć i zarządzać instytucjami określającymi kto konkretnie mu podlega, ani dbać o "równość" redystrybucji. Prawo postrzegane powszechnie jako dobre, jest trwałe---trudniej więc manipulować nim przy pomocy pieniędzy, a jego uniwersalność powoduje, że nawet gdy możliwe, manipulowanie prawem jest mało opłacalne.
Dlatego cieszy mnie coraz szersze poparcie społeczne dla idei "rządu fachowców", w którym kulturą kierują wielcy ludzie kultury, edukacją pedagodzy, przepisami drogowymi---ktokolwiek zajmuje się takimi rzeczami, a wszystkie ich projekty wyceniane są przez ekonomistów, spisywane przez prawników, głosowane przez najmądrzejszych z nas i wprowadzane w życie przez oszczędnych i pomysłowych biznesmenów. Pragnę państwa, które nie stara się nic ulepszać, bo od tego są naturalne prawa rynku, lecz tworzy prosty i przejrzysty system w ramach którego prowadzić można działalność ekonomiczną i życie społeczne.
Myślę, że potrzeba nam---szczególnie w tak niezwykłym i obiecującym okresie---takiego rządu fachowców, którzy nie będą się za bardzo wtrącać i zadbają, żeby wszystko co ma działać, poprostu działało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz