Piękno tkwiło w niezrozumiałym, które powoli, w jednej sekundzie zacząłem rozumieć. Wypełniło mnie ogromem, wielkością której byłem cząstką, cząstką wszystkiego zamiast całością niczego. Piękno miało zapach skóry jedynej kochanki.
Było jak piękna opowieść bez treści i bez słów. Spojrzałem raz — było. Lecz gdy spojrzałem ponownie było tam wciąż i więcej go jeszcze. Podbiegłem, a ono podjęło zabawę, odbiegło kawałek i spojrzeniem rzuciło wyzwanie. Pobiegłem za nim, lecz potknąłem się i przewróciłem, by paść w jego ramiona gdy leżało na trawie chichocząc.
Piękno było ułamkiem sekundy przed naszym pierwszym pocałunkiem i najsilniejszym z delikatnych uścisków objęło mnie za szyję. Kelner podał nam wino i półmisek maleńkich figurynek z żółtego sera. Siedzieliśmy w słońcu przy stoliku na rynku i śmialiśmy z pary mimów naśladujących siebie nawzajem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz