czwartek, marca 18, 2004

Widziałem "Lost in Translation". Film mówi o przypadkowym, przelotnym spotkaniu dwojga ludzi, zagubionych w życiu, podświadomie szukających zmiany, nowego życia, nowego sensu. I nie rozumiem czemu Em uznała ten film za przygnębiający. To znaczy doniesiono mi, że uznała. Rozumiem sam pomysł nazwania go przygnębiającym -- w tym, że Murray po dwudziestu pięciu latach małżeństwa nie widzi absolutnie nic ekscytującego w kurze domowej w którą zmieniła się jego żona, czy w związku dziewczyny, nie pamiętam nazwiska aktorki, z facetem który jest nerwowym idiotą i zupełnie jej nie rozumie. Uważam jednak, że ostatnia scena, której opis -- jeżeli jeszcze nie widzieliście samego filmu -- możecie chcieć pominąć, wskazuje (pocałunek) raczej na obietnicę przyszłego spotkania, niż na ostatecznie rozstanie. Pozostałem na sali z nadzieją, że ci dwoje odnajdą siebie wzajemnie po powrocie do Stanów.

Za dużo palę, ale pocieszam się, że mógłbym za dużo pić. Martwię się tak naprawdę o bardzo niewiele rzeczy: o siebie, ludzkość i że świat zmieni się na lepsze dopiero wtedy, kiedy będę już uważał, że wszystko zmienia się na gorsze. Sokrates (lub inny myśliciel z brodą) powiedział parę tysięcy lat temu, że młodzież jest krnąbrna i nie szanuje starszych, a świat chyli się ku upadkowi. Zgadzam się z nim. Chociaż młodzież już nie jest taka krnąbrna jak kiedyś.

Dzisiaj po raz pierwszy w tym roku była wiosna. Było niebieskie niebo i stałem bez kurtki na ogromnym tarasie u A., w promieniach słońca. Wiosna to moja ulubiona pora roku, chociaż to może dlatego, że mam uczulenie na świeżą przyrodę i spędzam czas z zatkanym nosem, na wpół głuchy od kataru i z czerwonymi oczami pełnymi łez. Ale nareszcie jest ciepło.

Brak komentarzy: