Jest mi źle. Jestem samotny. Jestem samotny wszędzie, gdzie pójdę i obojętnie z kim. Boję się, że zawsze będę samotny. Nawet nie chcę o tym myśleć.
Nie płaczę po nocach, ani nic takiego. Nie jestem szczęśliwy już od dawna, prawie zdążyłem się przyzwyczaić. Nie jestem szczęśliwy, bo jestem samotny. Jestem samotny bo nie jestem szczęśliwy. Już nie wiem w którą stronę to idzie.
Nie czuję się nikomu potrzebny. Tak naprawdę potrzebny, nie tylko bo się komputer zepsuł albo żeby było więcej ludzi na imprezie. Potrzebny i przydatny.
Wiem, że wszyscy tak mają i bla bla bla. Wiem, że wszyscy są czasami nieszczęśliwi. Wiem te wszystkie rzeczy, które mówię innym. Wiem, że nie można się oceniać według tego, co myślą o nas inni. Wiem, że "wszystko będzie dobrze" i że "to tylko taki okres", i "znajdziesz kogoś cudownego". Ludzie tego muszą słuchać z grzeczności, bo to straszne bzdury.
Jest mi źle i nie robię nic, żeby było lepiej. Wymyślam sobie sposoby na skompensowanie. Czytam książki i oglądam filmy. Pracuję i śpię. Spotykam się ze znajomymi i wracam do domu.
To wszystko nie jest łatwe. Nie jest różowe i uśmiechnięte, i pełne radosnego zaciekawienia. To straszna pustka którą mam w środku. Brak celu w życiu, stracone szanse, brak pomysłów i rosnąca apatia. I wszyscy przecież tak się czują, i tak do zajebania.
I po co to wszystko, i dlaczego akurat ja, i kolejny rok w plecy, i wszystko tak jak było. I to jest życie. To nie jest okres przejściowy i nic się nie zmieni i to jest życie. Moje życie to ja, tutaj, błagający kurwa o zainteresowanie. Żałosne.
Wyprę się, że to napisałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz